8.05.11 RECENZJE: „Boso, ale w ostrogach” (książka, Polska, 1961).

Recenzja książki Stanisława Grzesiuka (ur. 6 maja 1918 w Małkowie koło Chełma, zm. na gruźlicę 21 stycznia 1963 w Warszawie) jest dla mnie – nacjonalisty – trudna. Powiecie: no co Ty…prościzna, kolo kojarzony z typowym „warszawskim cwaniakiem”, charakterniak, po obozie – niemal idealny jako przykład dla kibola. No tak, tyle, że Grzesiuk to nie tylko pisarz, pieśniarz, a z zawodu elektromechanik. I autor popularnej w kręgach legijnych, autobiograficznej trylogii literackiej – „Boso, ale w ostrogach”, „Pięć lat kacetu” (po skończeniu tej recenzji pomału będę się za nią brał…) i „Na marginesie życia”. Te książki (+ pieśni) pozwoliły go zaszufladkować jako popularyzatora przedwojennego folkloru czerniakowskiego, o którym pisze w naprawdę niesamowitym klimacie. No, ale – dla piszącego recenzję, jest też drugie dno: Grzesiuk to działacz społeczno-lewicowy, antyklerykał i proPRLowski ateista. Niby każdy może zbłądzić, też część swojego życia uważałem się za ateistę, obecnie dużo się we mnie zmienia… Ale Grzesiuk – jak dowiadujemy się z recenzowanej książki – przeciwnikiem kościoła i typem raczej lewicowym stał się pod wpływem majstra z fabryki, który był ateistą oraz…komunistą – i tak zostało. Tak wiem, przed wojną różniejsi ludzie nimi byli – ale hasło smash the red’s głęboko tkwiące w moim sercu nie pozwala mi o tym nie wspomnieć i nie zanegować! Mimo to – przyznaję Grzesiukowi, „Boso, ale w ostrogach” jest dziełem fenomenalnym. A on – jeśli nie koloryzuje – prawdziwym kozakiem (taką miał też ksywę na swojej Tatrzańskiej)… Tego człowieka nie mogło zabraknąć na „DL”…

„Boso, ale w ostrogach” nie jest jednak książką polityczną. Jest książką o przedwojennym i wojennym klimacie w Warszawie. Codziennym życiu, dorastaniu charakternych chłopaków oraz ich codziennych zajęciach. Grzesiuk oddaje nam klimat tamtych dni, przedstawia słynnych „warszawskich cwaniaków” na podstawie swojego życia, swojego otoczenia: ulicy, dzielnicy, paczki kumpli.

Posiadam wydanie z roku 1982 (książka napisana w 1961), które ma 262 strony, podzielone na trzy działy: „I takie bywa życie”, „Wojna” oraz „Nie ma życia”. Owe trzy rozdziały podzielone są na mniejsze podrozdziały z konkretną tematyką opowiadań. Czyta się bardzo szybko, wygodnie i przyjemnie. Jest to lektura maksymalnie na kilka posiedzeń. Lekka i wciągająca.

Każdy kibol będzie zadowolony – większą część zajmują opisy „draki”, czyli awantur z różnych powodów. Grzesiuk opisuje jak od zawsze był charakterny, walczył o swoje i… trenował ciosy z bańki :-). Nie przepuszczał nikomu kto wszedł mu w drogę bądź powiedział pod jego adresem coś niezgodnego z panującymi zasadami. Życie płynęło autorowi na pracy zarobkowej, szkole, a także na balangach, spotkaniach i zadymach wraz z chłopakami z jego ferajny. Można to nazwać – osiedlowym życiem sprzed II wojny światowej. Czyta się to perfekcyjnie – to historia polskiej ulicy, ale ocena nie może być jednoznaczna…

Grzesiuk powtarza często, że „kapować nie wolno” (jest nawet taki podrozdział), ale hasła CHWDP jeszcze wtedy nie znali w dzisiejszym rozumieniu :-). Nie kablowali niby na nikogo – zamiast skarżyć, odpłacali się, bili – z policją się ganiali i unikali ich – nazywając tak jak my dziś – „psami”. Tym bardziej gdy przyszła wojna i policjanci trzymali z Niemcami. Ale z drugiej strony, za jakieś tam kradzieże… doprowadzali innych do komisariatu. Dziwne zwyczaje…jak widać potrzebowaliśmy czasów komuny, PRLu by zrozumieć dostatecznie czym jest zawód psa. I do charakteru ulicznika dodać całkowity zakaz współpracy z mundurowymi. Grzesiuk też dał się wciągnąć w propagandę czerwonych. Niestety – jest to moim zdaniem plama na jego honorze. Nienawidził obcych – Niemców, a z innymi obcymi sympatyzował… Nie wiem dokładnie na jakiej zasadzie, bo nie znam jeszcze jego politycznych wywodów.      

Od początku książki towarzyszymy jej autorowi w różnych etapach życia. Od podstawówki do szkoły średniej, praktyk, pracy – po wojnę. W każdym wieku Grzesiuk miał do rozwiązania różnego typu problemy i starał się wychodzić z nich zawsze z twarzą! O tym jest ta książka – o charakterze. Opisy wydarzeń, anegdot – konfliktów z pracodawcami, kolegami i nieznajomymi. Czytamy opisy co można było, a czego nie na warszawskiej dzielnicy biedy. Nie będę Wam opisywał każdego podrozdziału – powiem tyle, że nie oderwiecie się od nich szybko…

Moją uwagę przykuło powszechne używanie przez warszawskich chłopaków noży. Wielu (wszyscy?) nosiło ostry sprzęt i nie bało się go użyć. W kontekście kibicowania jestem przeciwnikiem kos, ale wiadomo, że na osiedlowych „sprzeczkach” cały czas się on pojawia – nie tylko w Krakowie. Jak widać, kosy nosi się nie od dzisiaj – ba, dzisiaj nosi się tego sprzętu mniej. Na Czerniakowie w 1933 roku mieli łatwiej z jego użyciem… Inne prawo, brak czegoś takiego jak kamery, dużo mniejszy przypał… Mimo wszystko – zamiłowanie na dzielniach do noszenia ostrzy nie zanikło… Czasami się nie dziwię…

Jak wspomniałem – CHWDP ad 2011 wymaga całkowitego braku współpracy z policją. A czasami jesteś sam przeciwko kilku patologom, którzy przejadą Cię na pasach jak nie pobiegniesz przez nie sprintem bądź burzą – gdy tylko w tramwaju krzywo się spojrzysz… Nie ma akurat kumpli, a policji nie będzie nigdy – ale to z zasady. I co teraz? Trzeba sobie radzić… W kontekście kibicowania zgadzam się z całkowitą negacją ostrzy, ale są jeszcze inne sytuacje od kibicowskich… Tu każdy musi ocenić sam. „Boso, ale w ostrogach” czytałem z sympatią do ostrych narzędzi, a opowieści o szybkim wyciąganiu kosy z rękawa przyprawiały o dreszczyk. Muszę się przyznać…Zresztą sprawdźcie sami zapoznając się z książką – założę się, że nie będę odosobniony.

Druga część książki to jak wspomniałem – „Wojna”. Tu już opisy dzielnicowych podchodów zmieniają się w opisy podchodów z okupantem. Grzesiuk również doskonale opisuje jak wyglądała Stolica – tym razem podczas II wojny światowej. Codzienne perypetie, problemy, trzymanie się zasad i nienawiść do Niemców. Osobiście bardziej wolałem pierwszą część książki, ale druga też ma w sobie „to coś”. Teraz kradzieże, wyuczone kombinowanie – można wykorzystać w praktyce, kiedy wróg zaatakował kraj.    

Grzesiuk zrobił podczas wojny wiele dobrego, przykładowo nocne ryzyko związane z rozrzucaniem kradzionego chleba po bramach, tak by nasi rodacy mieli co jeść. Jak sam pisał – lubił to nie tylko dlatego, że było pożyteczne lecz także dostarczało mu tak lubianej adrenaliny spowodowanej niebezpieczną sytuacją. Dzięki wychowaniu ulicy, byciu charakterniakiem i łobuziakiem – Grzesiuk miał jaja działać podczas wojny na rzecz Polaków, nie zgodził się na pozostanie posłusznym obcemu. Kiedyś mścił się na wrogach ze szkoły, dzielnicy – teraz to wszystko przeniosło się na wrogów Ojczyzny – Szwabów.

Czy jacyś frajerzy podjęliby się takich działań? Czy nie trzeba być zahartowanym człowiekiem aby ryzykować w imię kogoś, w imię wartości? Tak jak pisał autor książki – „wielcy politycy”, ze szczytnymi hasłami na gębach – uciekli za granicę, nie walczyli. Na tej podstawie można zadać pytanie: czy medialna nagonka na łobuziaków, w tym kibiców – jest dzisiaj uzasadniona? Bo śmiem zakładać, że mądrzy zza biurka politycy oraz „żurnaliści na zamówienie” – nie potrafiliby zrobić czegoś więcej dla Polski niż uliczne środowisko. Tak było często – podczas II wojny, tak było też za realnego socjalizmu… Parafrazując znane hasło kibiców – Polska to my! Ludzie… Dzieci tych ulic. Najbardziej zżyci ze zwyczajami, kamienicami, tradycjami i takimi jak my…

Ostatnim rozdziałem jest coś w stylu zakończenia, czyli -przeniesienie w czasie- do roku 1958 i porównanie z czasami przedwojennymi i wojennymi, mówiącej „nie ma życia” młodzieży… Według Grzesiuka – po wojnie to życie było, w przeciwieństwie do czasów, w których on sam miał niewiele lat… Dzisiaj wiemy, że PRL także nie była normalnym państwem…

Podsumowując – bardzo polecam „Boso, ale w ostrogach”. Nie tylko Warszawiakom, ale wszystkim zainteresowanym klimatem starej polskiej ulicy i realiami wojny widzianymi okiem charakternego człowieka. A mnie teraz czeka „Pięć lat kacetu” – czyli wspomnienia Grzesiuka z obozu koncentracyjnego. Lektura jeszcze obszerniejsza od „Boso…”. I bardzo się cieszę, bo autor wie czym jest lekkie pióro oraz poczucie humoru. Miazga jednym słowem! 9/10.  

Ł.

PS: Czekam na opinie o Grzesiuku i jego poglądach/ książkach/ muzyce. Jeśli dostanę poprawne stylistycznie opinie – mogę je zamieścić na e-zinie. Kontakt: drogalegionisty@gmail.com

Piosenka Grzesiuka: