20.05.11 RECENZJE: „Pięć lat kacetu” (książka, Polska, 1958).

Po lekturze „Boso, ale w ostrogach” – od razu, tego samego dnia zacząłem czytać „Pięć lat kacetu” Stanisława Grzesiuka. Posiadam wydanie z roku 1985, ma ono 393 strony i podzielone jest na cztery rozdziały. Wszystkie obszerne, bez podrozdziałów. I tak są to kolejno: „W drodze do Dachau”, „Dachau”, „Mauthausen”, „Gusen”. Już po tytule i nazwach rozdziałów można się łatwo domyślić – są to wspomnienia autora z pięcioletniej tułaczki po obozach koncentracyjnych (nazistowskich) podczas II wojny światowej. Co ciekawe – ta książka jest drugą w kolejności autobiograficznej książką tego autora, ale wydana została wcześniej niż „Boso, ale w ostrogach” – w 1958 roku. To właśnie ona przyniosła Grzesiukowi sporą sławę oraz zmotywowała do dalszego pisania – i wcale się nie dziwię. Odciska bowiem piętno na zapoznającym się z nią umyśle. Zmienia postrzeganie historii. U każdego. Zapraszam na recenzję – jak to często bywa, będącą również zbiorem własnych refleksji nie tylko związanych ściśle z poruszanym podmiotem.

Jako, że jestem nacjonalistą, a we wcześniejszej młodości owy nacjonalizm przejawiał się jeszcze skrajniej niż dziś – często słyszałem od jakichś niekumatych starych bab i pejsiastego nauczyciela historii, że „gówno wiem o II wojnie” i dlatego noszę tego „nazistowskiego celta” :-). Nie lubię gówno wiedzieć, a zatem zacząłem czytać o obozach – nie tylko w podręcznikach szkolnych, ale również opowieści samych żydów. Temat na maturę również wybrałem o tzw. Holocauście i muszę się pochwalić, że mimo, iż to ja byłem tym wytykanym przez nauczycieli (prócz świetnej polonistki, działaczki Solidarności, która potrafiła dostrzec coś więcej niż łysą glacę…) wyrostkiem – przeczytałem od deski do deski wiele lektur na ten temat. Politycznie poprawnych rzecz jasna. Innych nie ma – chyba, że w podziemiu bądź oficjalnie przeklętych (Irving itp.).

Żadna nie zrobiła na mnie takiego wrażenia jak teraz książka Grzesiuka. Maturę zdałem bardzo dobrze – mimo, iż po polecanych lekturach o obozach się przed komisją po prostu –przejechałem-, bo mało w nich było mocy i brak miejsca na inny punkt widzenia (np. esesmani pokazujący ludzką twarz – Grzesiuk o nich wspomina, jest sprawiedliwy = ufam mu). Prócz „Rozmów z Katem” Moczarskiego ani jedna nie jest godna zapamiętania. I kiedy już coś więcej niż „gówno” o obozach wiedziałem – nadal pozostałem nacjonalistą i nie lubię żydów (III Rzeszy też…), bo stereotyp nacjonalisty to… stereotyp. „Jak możesz nie lubić żydów, przecież tyle wycierpieli za II wojny”… ile razy to kolego nacjonalisto słyszałeś? A to pójście na skróty i manipulacja. To co – jak wycierpieli to znaczy, że kolejne ich pokolenia są święte? Niemcy dali im wieczne rozgrzeszenie?   

Jednym jest przecież bestialska fakt faktem metoda Szwabów, a drugim sama kwestia żydowska (Palestyna, wpływy w innych krajach – na politykę, kulturę itd.). Można odrzucić III Rzeszę lecz nadal twierdzić, iż „naród wybrany” czyni zło. Bo czyni. Niemcy też czynili: do obozów zabierali także zwykłych, takich jak my polskich łobuziaków z ulic i gnębili. Za pomoc rodakom, za próbę życia w piekle, które… sami nam m.in. zaserwowali. Za polskie myślenie. Niemcy zabili też wielu polskich nacjonalistów – tak jak potem komuna po II wojnie. III Rzesza i ZSRR (w tym ich „satelita” PRL….) to byli wrogowie Polskości. Bo pamiętajmy naczelną zasadę – NIKT nie powinien Polakom narzucać swoich idei oraz wprowadzać tu swojego porządku. Ani Rzesza, ani Związek, ani dzisiaj Unia… Zapożyczenia z innych kultur były, są i będą, ale co innego takie „zapożyczanie” niektórych fajnych (muzyki, sztuk np. walki) czy mniej fajnych („zapożyczenia” językowe) rzeczy, a co innego narzucanie siłą wszystkiego co możliwe i wrzucanie do więzień, obozów za brak akceptacji rewolucji. Bądź za niewinność, bo nie spodobałeś się jakiemuś mundurowemu. Znając nasze zakazane mordy i tryb życia – też byśmy mogli się nie spodobać…    

Wracając do lektur o obozach. Grzesiuk ma zaś taki styl, że opowieści obozowe przyswaja się z większą chęcią – choć jest to książka w gruncie rzeczy straszna. Na bank pozostaje moim faworytem w kwestii uświadamiania jak wyglądało tam życie. Autor „Pięć lat kacetu” ma dar pisania, lekkie pióro – i ciekawą osobowość, którą polecam poznać najpierw z „Boso, ale w ostrogach”. Po tej ostatniej lekturze – byłem bardzo ciekaw jak wychowanie na warszawskiej ulicy i lata awantur przełożyły się na sztukę przetrwania sytuacji wręcz kryzysowych. Przełożyły się – Grzesiuk dał radę. Chociaż jak się dowiecie – przeszedł przez coś, co nazwane piekłem – jest nazwane zbyt lekko. Nigdy nikt z nas czegoś takiego nie przeżyje.

Autor szybko skapnął się, że by przetrwać w obozie – należy jak najwięcej kombinować. Starać się za wszelką cenę unikać pracy, kiedy tylko esesman nie patrzy – spać, jeść… I przy okazji mieć silną psychikę oraz być odpornym na choroby. Grzesiuk to wszystko posiadał, zachowywał zimną krew nawet w miejscu gdzie zabijanie i bicie na każdym kroku, za nic – to codzienność. W obawie o swoje życie człowiek się po prostu stawał czasami obojętny na wszechobecną śmierć, czego nie boi się napisać o sobie Grzesiuk. Szczerze, ale prawdziwie… wszak człowiek to taka istota, która się przystosowuje, a gdy ma dookoła siebie niebezpieczeństwo włącza się naturalny instynkt – chęci przetrwania za wszelką cenę. A gdy była możliwość – autor książki pomagał tym, z którymi z jakiegoś powodu się zżył. Pełna, szczera solidarność – nawet kosztem własnego głodu. Zasady wyniesione z ulic przedwojennej Warszawy. 

Wyżywający się na obozowiczach Niemcy to nie byli ludzie. Nie – nie tylko w III Rzeszy byli tacy kaci… Nie potrafię zrozumieć sadystów, pozbawionych jakichkolwiek odruchów ludzkich. Zarówno półgłówków z III Rzeszy, Związku Radzieckiego jak i bardziej współczesnych idiotów którym odbija kiedy dostali trochę władzy i wolnej ręki, na przykład ZOMO. Czy lejący Polaka kijem po głowie Szwab w roku 1941 różni się od polskiego milicjanta, lejącego pałką po głowie dzieciaka w roku 1980 bądź 1997? Czy różni się od pijaka za darmo bijącego żonę w roku 2011? To jest po prostu w miarę ten sam typ chuja bez serca… I takie chuje sprawują często władzę nosząc mundury. Po prostu trzeba być gnojem bez zasad by bez skrupułów korzystać z przyznanego prawa, bycia silniejszym i wyżywać się za damski… Wyładowywać kompleksy. Nie ważne w imię jakiego prawa się katuje. Uważam, że wojna też ma swoje zasady – branie jeńców będzie zawsze, ale nieludzkie odruchy rodem z Mauthausen (bądź Guantanamo w czasach nieodległych) to po prostu ZOO… A nie wszyscy byli tacy, o esesmanach z bardziej ludzką twarzą także wspomina Grzesiuk, chociaż proporcje były na ich niekorzyść… Jak widać – gdy jest przyzwolenie na bicie, wielu ludzi z niego korzysta. Ciekawe dla socjologów… Dam sobie rękę uciąć, że my – przeklęte łobuziaki i kibole mamy większe serca niż większość tych którzy chronić mają prawa. Moim zdaniem na tego typu traktowanie zasługują jedynie pedofile, gwałciciele, mordujący bez powodu, a także krzywdziciele dzieci – wraz z chcącymi je wychowywać homoseksualistami (a więc homo/trans aktywistami) co także jest zbrodnią przeciwko ludzkości. Ich bym nie żałował.       

Do pacyfisty mi baaardzo daleko, ale historią naszego narodu jest walka w miarę (w porównaniu do innych krajów) uczciwa. USA katuje w Guantanamo i chce być światowym żandarmem, Szwaby i ZSRR w obozach koncentracyjnych, Czesi chodzą obsrani, a wytykany jako zaścianek Europy Polak to wojownik. Nie zawsze super poprawny i grzeczny, ale nasza historia: 1920, Powstanie Warszawskie, Solidarność i wiele innych – to prawdziwe powody do dumy. Ludzie byli waleczni, ale i honorowi oraz działający w imię polskiej sprawy. Przeciwko złu. Jesteśmy szlachetnym narodem i stwierdzenie jakiegoś Niemca, że jego kultura jest wyższa i dlatego naszych rodaków wychowa właśnie w niej – jest po prostu bezpodstawne… I potem katowanie za Polskość – odruchy budzące odrazę. O szczegółach tego katowania, metodach, o obozowym życiu – opowiada nam „Pięć lat kacetu”. Niestety pisane przez gościa, który sam poglądowo błądził… Bo panowie od „czerwonych sztandarów” gnębili tradycyjnych Polaków. Ale obozowego klimatu tak nie oddał chyba nikt…   

Grzesiuk wprowadza nas w wygląd obozów, warunki w nich panujące, zwyczaje, a także przedstawia nam czarne charaktery w postaci kapo, esesmanów. Opisuje dokładnie bestialskie zagrywki, którymi brzydzi się nawet on – dzielnicowy chuligan. No właśnie… bo nie tylko aniołki brzydzić powinni się znęcaniem nad ludźmi. Można nienawidzić kogoś (a strażnicy byli często takimi tumanami, że nienawidzili dla nienawiści – bo byli za głupi by zrozumieć o co chodzi w wojnie, polityce, a nawet człowieczeństwie), ale czy wrogowi politycznemu (chyba, że ten sam robił krzywdę!) sypałbyś piach w oczy, po czym lał kijem do śmierci albo dla zabawy wyciągał okna w środku zimy? Nie oszukujmy się – trzeba być zakompleksionym milicjantem by czerpać radość z sadystycznych metod. To nie leży w polskiej naturze. Takie odruchy mieli tylko ZOMOle, a więc pachołki Rosji – żadni Polacy.  

Książka „Pięć lat kacetu” i dokładny opis kombinowania przez Grzesiuka utwierdziły mnie w przekonaniu – warto ryzykować. Kto nie ryzykuje, tego wpierdoli System – czy to obozowy – czy też w czasach współczesnych, oczywiście w innym znaczeniu – ten w którym egzystujemy. Grzesiuk poprzez ryzykowanie w naprawdę wielkich kwestiach, balansując na krawędzi – gdy śmierć czeka za każdym rogiem – uczy, że my w swoich małych sprawach życia codziennego – tym bardziej nie powinniśmy się bać. Trzeba wiedzieć jak się poruszać by dobrze na tym wyjść. Grzesiuk to cwaniak? Co z tego… a czy Systemem nie rządzą cwaniacy, z tym że innego – mniej honorowego kalibru? Jasne, że tak… Nie oszukujmy się – polityczna tzw. elita to więksi bandyci od ulicznych łobuziaków… Nie ma co się im podporządkowywać. Przykładów nie braknie, a politycy zacierają je manipulacją o nazwie PR.

Z Grzesiukiem dzisiaj nie stałbym po jednej stronie. W „Boso, ale w ostrogach” sam chwalił się, że lubił czasem „zrywać mieczyki” z klap. A więc kawał historii warszawskiej i polskiej ulicy napisał niestety ktoś ze strony czerwonej… Mimo to – książki autora bardzo polecam… Nie można wszak budować wiedzy na podstawie jedynie lektur nacjonalistycznych. A historia pokazała, że politycznie Grzesiuk nie miał racji – czerwoni pokazali prawdziwą twarz, a dzisiaj, w roku 2010 (11 listopada) warszawska ulica stanęła z tymi od „mieczyków”… Bo przecież nie można mówić „warszawska ulica” o degeneratach z drugiej strony barykady, no nie? Także zbłądziłeś panie Stanisławie… Mimo żeś pan wiele przeżył. Przeżył takich lat, o których nawet nam się w najgorszych momentach naszych żywotów nie śniło. I jesteśmy zbyt mali by w dwóch słowach całkowicie zanegować autora „Pięć lat kacetu”.   

Ł.   

PS: A, teraz – przy okazji – zdjęcie grupki pomyleńców, okłamanych, zagubionych wśród pojęć, opinii i ideologii. Myślę, że każdy kojarzy sytuację…