12.09.10 RUCH CHORZÓW 1-0 LEGIA WARSZAWA (5 KOLEJKA LIGI).

Na ten mecz wiara wymyśliła pociąg specjalny z Sosnowca. Niektórych to smuciło, a mnie wręcz przeciwnie. Lubicie specjale? Na przykład wlec się z Wrocławia milion godzin bez zakupów itd.? Ja tam nie bardzo…Dlatego moim zdaniem rozwiązanie idealne. Do braci z Sosnowca na własną rękę, stamtąd razem wynajętym pociągiem kawałeczek do Chorzowa, wracamy do Sosnowca i robimy co chcemy. Gitara! A raczej nie gitara tylko wolność, dużo powietrza i swobody. Oczywiście jest też druga strona medalu w tej swobodzie…części wiary „puszczają hamulce” i przemyca się patologia. Jako, że organizacja wyjazdu na Ruch była taka jak opisałem – ile ekipek, grupek, tyle by było relacji. A zatem nie pozostaje nic innego jak opis subiektywny. Tym bardziej, że na stadion Ruchu wbiłem się jednak… zupełnie inaczej. Tak czy siak – znowu można zanucić „jaki będę jutro? Na pewno zmieniony – bogatszy o doświadczenie i…bez kabony”, bo siana jak zwykle nie było za wiele i narysowało się na wyjazd niewiadomo skąd :-). Liczyła się jednak perspektywa meczu i kolejnej przygody. A co będzie potem? Chuj wie, ale na pewno…kolejny wyjazd :-). I dlatego jest pięknie. 

HKS RUCH CHORZÓW 1-0 CWKS LEGIA WARSZAWA

12.09.10, 5 kolejka Ekstraklasy, Chorzów.

Zapisy na mecz w Chorzowie ruszyły na wiele dni przed pierwszym gwizdkiem. Wyjazd na Ruch miał miejsce po 2 tygodniowej przerwie na reprezentację (Polska – Ukraina w Łodzi). Nałogowi wyjazdowicze przerwy jednak nie mieli, bo 4 września wspierali Sosnowiec w Toruniu (a raczej oglądali tamtejszy Dworzec Główny). Tydzień później przyszła pora na zgodę Elany – Ruch. Za bilet wraz z przejazdem pociągiem specjalnym (na linii Sosnowiec – Chorzów) musieliśmy zabulić 35 zł. Do tego trzeba było doliczyć podróż na Sosnowiec i z powrotem.

Wszyscy pamiętamy jak długo sprzedawały się wejściówki na Śląsk – Legia. Tymczasem czwartek, 2.09.10 – dzwonie wyluzowany do kumpla czy kupił już bilety…”Tyyyy wracam ze Źródełka, niestety wszystkie wyprzedane”…O kurwa! A było 700, 200 poszło dla Sosnowca, a 100 miało być w klubie. No właśnie – teraz jedyna nadzieja to te z klubu. Zaczęto je sprzedawać od godziny 11:00 w poniedziałek 6 września. Znowu kumpel „pocałował parapet”, bo wejściówki poszły szybko…Ups – i co teraz? Na szczęście Polak potrafi i dzięki znajomemu wbijam się na mecz zupełnie inaczej niż reszta :-). Niech to pozostanie moją tajemnicą, bo może kiedyś jeszcze się to uskuteczni :-). Tak czy siak – za pół darmo, w wygodny sposób dostaje się na Cichą.

Na sektorze gości melduje się ponad 30 minut przed spotkaniem. Znajduje się na nim tylko kilkadziesiąt osób, bo ochrona i klub z Chorzowa robią cyrki przy wchodzeniu! Wpuszczanie jednej osoby trwa bardzo długo, ale relacje spod kołowrotka napisze kto inny. W każdym razie zawodnicy wyszli na boisko, a nas na sektorze nie była nawet połowa…Co ciekawe – patrząc na liczbę miejscowych miałem wrażenie, że u nich też są problemy z wejściem. Widzów ostatecznie 6.000, ale tragicznie prezentował się młyn Ruchu…Fanatyków Legii (nawet odliczając wspierające nas Zagłębie) było z pewnością więcej niż prowadzących doping Chorzowian. Ale w 1 połowie to Ruch był bardziej słyszalny – konkurencji ze strony sektora gości nie było. Nie powiesiliśmy flag i nie prowadziliśmy dopingu – czekając na swoich braci użerających się z odpowiedzialnymi za wejście na stadion. Co jakiś czas wiara zerka na wydarzenia przez płot znajdujący się za koroną, pojawia się też koncepcja wyjścia z sektora gości. Kilka razy robi się nerwowo, nie tylko u nas, ale i u siedzących najbliżej sektora gości fanatyków z Cichej. Do większej awantury ostatecznie nie dochodzi, a warszawsko – sosnowiecka szlachta po woli instaluje się na stadionie Ruchu.

Tymczasem trwa mecz, który konkretnie dołuje obserwujących go kibiców gości. Z boiska wieje nudą, tracimy bramkę, usypianiu sprzyja mizerny doping gospodarzy. Ruch wywiesza kilka flag, a także transparent z pozdrowieniami dla swoich kolegów. Kilka razy na nas bluzgają, zarówno oni jak i piknikowa część śląskiej publiczności. U nas bez przejęcia i reakcji. Jakby gospodarzy nie było…

Doping zaczynamy od jakiejś 20 (?) minuty drugiej połowy. Na płocie pojawiają się barwy Legii oraz Zagłębia…Wiszą małe flagi „dżihad”, skreślona „trumna”, Stary Żoliborz, Capital City, Warriors, Deyna, Visitors i inne. Wewnątrz sektora płótno mobilizujące na Lubin. Prezentujemy się znacznie ciekawiej niż gospodarze, którzy marną ilość nadrabiają oprawą. Na prostej wieszają transparent „Wojownicy Śląskich Ulic” wraz z transparentami na dwóch kijach, z popularnym logo hooligana oraz bad boy’a. Do tego wędrująca, niewyraźna sektorówka z napisem „Szarańcza”. Całości dopełniają jakieś kartoniki. Bez szału. U nas bez oprawy, nie licząc jednej petardy hukowej rzuconej przed sektor. Jeszcze pirotechnika nie zginęła :-). Na sektorze staje Sz. i prowadzimy lepszy niż we Wrocławiu aczkolwiek również niezbyt dobry doping dla Legii. Pozdrawiamy oczywiście sosnowieckie Zagłębie, licznie z nami obecne na sektorze gości. Z naszej strony zero bluzg na gospodarzy.

Piłkarze za „punkt honoru” wzięli sobie udowadnianie, że nie są „drużyną o jakiej marzyliśmy”. Po bramce Grzyba w 29’ minucie przegraliśmy 0-1, grając pół godziny w osłabieniu. Na Cichej feta. Do nas grajki podchodzą niechętnie…Trzeba ich „zawołać” by przeskoczyli reklamy i podeszli pod sam sektor. Zawodnicy usłyszeli „Walczyć trenować…”, a także, że jesteśmy z Legią na dobre i na złe. Piłkarze klaskają nam oraz przybijają piątki. Kilku znowu rzuca fanatykom swoje koszulki. Niestety – nie grają godnie warszawskiej Legii i ich forma robi się (znowu) żenująca, a co za tym idzie – bulwersująca.

Po meczu psy trzymają nas na sektorze jakieś 40 minut. Podczas tego pada kilka ogłoszeń w tym o podpisach dla Polaków, którzy chcą wrócić do naszej Ojczyzny. Wracam już normalnie – specjalem, przed 20:00 opuszczamy sektor gości w Chorzowie. Nasz pochód na dworzec jest dość luźny, szedłem na końcu i obok nas psów można było policzyć na palcach jednej ręki. Niestety w „naszym fyrtlu” nic się nie działo – było za to jakieś poruszenie na przedzie, chwilę krzyczano „Zostaw kibica…”. Nie wiem co tam było.

Wszystko odbywa się w miarę sprawnie i instalujemy się w pociągu specjalnym. Szybka podróż kończy się po 20:30 w mieście naszych braci. Część wiary udaje się do fur i do domów, a my ze znajomymi postanawiamy jeszcze trochę się pointegrować. A, że była z nami Sosnowiczanka – niektórzy pod wpływem piwa, a niektórzy pod wpływem kebabu składają jej małżeńskie propozycje :-). Póki co – nie zostały przyjęte, heh. Pozdrawiam wszystkich i dzięki za wspólnie spędzony czas. W Sosnowcu widocznych jest dużo więcej kibiców niż nasza grupka…

Podróż powrotna bez historii, wyjazd kończy się dla mnie po prawie równej dobie. Najlepsze z niego były rozmowy towarzyskie – sam mecz raczej do dupy, atmosfera też mogłaby być lepsza…No, ale już za tydzień Lubin. Jesteśmy zawsze tam!

RAPORT MECZOWY POJAWI SIĘ W DRUGIEJ CZĘŚCI RELACJI Z MECZU

Ł. 

PS: 4 września w Łomiankach grał CWKS Legia z LO i przegrał 2-3. W środę 8 września CWKS grał w PP z Amigos Warszawa. Legioniści rozgromili rywala 6-1. Spotkanie odbyło się na boisku OSiR Targówek ze sztuczną murawą przy Łabiszyńskiej, gdyż na skutek opadów płyta trawiasta przy Blokowej uległa zalaniu i nie nadawała się do gry.