14.06.10 DOPÓKI NIE ZEJDZIEMY NA ZIEMIĘ?

Od czasu konfliktu z ITI najradośniejszymi dla mnie okresami są w pewnym sensie…przerwy między kolejnymi rundami. Wprawdzie nudzę się wtedy cholernie, ale jeśli chodzi o stan ducha to jest on radośniejszy niżeli po kilku spotkaniach o stawkę. Podczas przerwy łudzimy się, że będzie w końcu normalniej. Że będą jakieś znaczące zmiany, nastąpi być może jakiś przełom. Chociaż w mały sposób zapominamy jakie to uczucie obserwować dzisiejszą Legię i przede wszystkim sytuację na trybunach i wokoło nich. Przez kilka miesięcy napięcie rośnie, ja cały czas czekam niecierpliwie na start kolejnej rundy…Jestem uzależniony od patrzenia na Legię, jakkolwiek by nie było i od kibicowania jej. Śledzę zatem wszelkie informacje z nią związane, czekam, czasami zamaże mi się na chwile obraz i nawet zastanawiam się sekundę jak grać będzie dane „wzmocnienie”, heh. Lecz od lat – schodzę szybko na ziemię. Zazwyczaj dzieje się to już po 2-3 kolejkach…Z pompowanego kilka miesięcy w głowie balonu – nici, wraca depresja i poczucie zażenowania pomieszanego z tęsknotą kiedy czekało się na ten sezon i zawsze coś dostało w zamian za długie puste weekendy. Jeśli nie była to dobra gra ukochanej drużyny to gwarantem były emocje ultras. Obecnie po dwóch meczach przy Łazienkowskiej i jakimś dziwnym wyjeździe radość z Legii znika i zostaje tylko uzależnienie, które jak wiadomo jest silniejsze od człowieka. Po kilku kolejkach schodzę regularnie na ziemię – co rundę. W tej może być nieco inaczej…

Teraz schodzenie na ziemie może potrwać trochę dłużej ponieważ otwarty zostanie nowy stadion Legii. Tak jak byś przeprowadzał się do nowego domu. Będziemy chcieli poznać wszystkie zakamarki, pootwierać wszystkie drzwi, trzeba będzie dokładnie się rozejrzeć i … zadomowić przede wszystkim. To może potrwać, zanim sytuacja się ustabilizuje – ciężko powiedzieć czego się spodziewać. Po ITI można wszystkiego – niestety w negatywnym tego słowa znaczeniu. A zatem runda jesienna 2010 upłynie na aklimatyzacji…Aż nie chcę myśleć jak się ona skończy, ale czegoś – czego nie potrafię nazwać inaczej niżeli PRL 2 – się boję. Nie ufam im…I – wybaczcie – nie wierzę w jakiekolwiek dobre intencje zgodne z duchem ultras (inne mnie osobiście nie satysfakcjonują).

Jedno jest pewne – nie wiem jak inni szarzy kibice z dawnej (i stale obecnej w sercu) Żylety, ale ja na mecz z Arsenalem idę nakręcony jak cholera. I to nie dlatego, że zobaczę jakąś „gwiazdę”, której i tak najpewniej nie znam gdyż jestem w plecy z zagranicznym futbolem, a tym bardziej z Arsenalem, który uważam za najbardziej bezpłciowy zespół Londynu (co zresztą potwierdza książka Nicka Hornby).

Oto my – którzy latami gadaliśmy między sobą w przerwach meczów przy Łazienkowskiej, że nie mieścimy się na tym małym obiekcie – wkraczamy na taki, na którym jest teoretycznie wiele miejsca – lecz nie koniecznie dla nas (zakazy, cenzura), eh. To my (bo utożsamiam się z wszystkimi zakazowiczami, którzy dostali je za swoje poglądy – nie ważne czy ich znam czy nie) przychodziliśmy jak było 2.500 widzów na meczach z wioskami, to my potem się „denerwowaliśmy”, że ledwo kupujemy bilety na mecze z…tymi samymi wioskami gdyż dzięki jakości tych 2.500 udało się ściągnąć brakujące na Ł3 10.500…Wszyscy byli zgodni – Legia potrzebuje większego domu…Dziś tęsknimy za starymi czasami i starym stadionem, a jeszcze nie otworzyli nowego!

Teraz odbywa się zbrodnia – zawsze wierni – przychodzący niezależnie od wyniku zostają odsunięci od swej świątyni. Albo nie podoba się klubowi (bądź Błędowskiemu) własne zdanie wyrażane przez kibiców i daje on zakazy – albo niezamożnych zazwyczaj fanatyków z Żylety odstraszają wysokie ceny biletów. Legia To My, a nagle może zabraknąć dla nas miejsca…

Co ważne w swojej „argumentacji” na temat cen klub zapomniał też o licznych fan clubach jakie posiada Legia…CWKS (w ich języku – KP) należy do drużyn, którym – podobnie jak na przykład Widzewowi – kibicuje się w całym kraju. Za najlepszych czasów przy Łazienkowskiej bywały setki (tysiące?) fanów spoza Warszawy. Nie oszukujmy się. Teraz do wysokiej ceny dojazdu na mecz, kibice spoza Stolicy muszą doliczyć kilkadziesiąt złotych na bilet (zamiast dawnego 20 zł czy 15 zł na łuk). To ograniczy ich wizyty do minimum. Nie wspominam o (tak jak pani na spotkaniu SKLW z kibicami opowiadająca o swoim ojcu) chorych, którzy muszą wydawać setki złotych na leki…Dla samodzielnych studentów, dzieci z rodzin wielodzietnych. Dla biedniejszych ludzi KP zamyka drzwi stadionu…

Wracając do kibiców spoza Warszawy. „Witam, załatwiłbyś wejściówki na mecz z Arsenalem” – dzwoni do mnie kumpel, który na co dzień nie kibicuje Legii lecz przyciągnął go rywal, wydarzenie – mógłby tu wracać gdyby przyjechał raz bo to kibic piłki nożnej. „Pojechałbym chętnie z dzieciakami” – mówił dalej. Ziomek przyjechałby z rodziną 250 kilometrów, tyle ile wielu Legionistów z FC. „No spoko, tylko szykuj kilkadziesiąt złotych na łebka no i…najlepiej jechać rano, bo trzeba wyrobić karty kibica”. Dalej tłumaczyłem koledze zasady wejścia na Łazienkowską, stojąc w sklepowej kolejce i denerwując stojących za mną. Wyjaśnienie wydawałoby się prostej czynności jaką jest wejście na obiekty sportowe wymagało w przypadku dzisiejszej Legii dobrych kilku minut. Zakończyło się na tym, że znajomy rzekł „to wiesz co – ja ich pierdolę”. I tak samo mówi wielu innych ludzi, którzy mają być potencjalnymi klientami ITI. Nie dość, że wejściówki na mecze drogie to jeszcze cena podróży oraz wprowadzenie kilkunastoletniej córki do baraku, w której zrobią jej zdjęcia jak potencjalnemu bandycie. Super wycieczka. A w zamian Maciej Iwański z nadwagą być może pokaże jej środkowy palec bądź zaprezentuje mistrzowski pressing.   

Ludzie są w tych czasach bardzo wygodni, mają tyle różnych rozrywek, że trzeba o nich walczyć. ITI o nich nie walczy – obiecuje traktowanie jak w burdelu, a traktuje jak w więzieniu. Z drugiej strony – odpędza od siebie fanatyków, którzy mogą oglądać mecz nawet po kolana w błocie. To ja się pytam – czy ITI i ich truskawkowe studio jest przyjazne JAKIMKOLWIEK kibicom? No tak – jest…Są to fani bardzo bogaci, chodzący na mecz sami (bo z rodziną to nawet bogaty nie wyrobi cały sezon…), mało wymagający od drużyny (wyniki mówią same za siebie), lubiący być fotografowanym niczym na komendzie, traktujący stadion przy Łazienkowskiej jako miejsce „do pokazania się” mimo, iż polskiej ligi nikt nie traktuje jak chociażby Konfrontacji Sztuk Walki – Ekstraklasa jest symbolem obciachu…itd. Przyznacie, że opisałem typowego Polaka, heh.  

Dlatego czekam niecierpliwie na rundę jesienną 2010 by zobaczyć jak to się potoczy…Na Arsenal może przyjdzie komplet…Potem liczba widzów powinna regularnie opadać w dół…I mam nadzieję – jak przed każdą rundą – że będą powody do dumy. Moje wyobrażenie zwycięstwa jest takie, że pikniki z czasem zaczną odpuszczać, a fanatycy z trybuny za bramką zostaną…Mimo wszystko…Mimo tych wysokich cen. Takim sposobem udowodnilibyśmy po raz kolejny, że Legia To My. Bo z drugiej strony – ceny biletów,  mimo, iż za wysokie – nie powinny nas fanatyków odstraszać (niczym żałosnych swego czasu Anglików…) od swej miłości.

Dopóki nie wrócimy na ziemię – jak po kilku kolejkach każdej rundy – nadzieja jest. Oby tym razem się sprawdziło i oby było nas na stadionie (bo poza jest: pikieta, finał PP)  tylu ilu choćby w pierwszym roku konfliktu.       

Ł