4.06.10 WSPOMNIENIA KIBICA: PŁOCK – LEGIA’ 2005.

Dnia 2 lipca 2008 ukazał się na łamach płockiej wyborczej artykuł „Kibic Legii kontra policja w Sądzie. Jest wyrok”. Dotyczył on sprawy odnośnie wydarzenia z dnia 12 czerwca 2005 roku, kiedy to płocka Wisła podejmowała na swoim stadionie Legię Warszawa. Po meczu kibic CWKS został brutalnie pobity przez milicję, nie zostawił tego jednak tak po prostu tylko starał się walczyć z bezkarnością ZOMO w Sądzie. Tak się składa, że znam poszkodowanego przez czworonożne pieski i zgodził się opisać jak to wyglądało z jego strony. Z Płockiem nie zagramy długo, bo na boisku prezentują miernotę, a zatem sezon ogórkowy uważam za dobry moment do opublikowania wspomnień. Wszak hasło ACAB jest cały rok jak najbardziej aktualne. Wrzucam na e-zina wspomniany artykuł z „Gazety Wyborczej” oraz bardzo obszerną relację J., dzięki za czas poświęcony na pisanie. Owe wspomnienia były pisane jakiś czas temu, ale nowsi czytelnicy „DL” mogą ich nie pamiętać. Do materiałów dodaje zdjęcia (wraz z tym obok), które ukazały się w związku z wydarzeniami w mediach…A Was wszystkich zachęcam do dzielenia się swoimi przeżyciami związanymi z Legią. Piszcie na drogalegionisty@gmail.com .

Ł

 Relacja prasowa:

„Płocki sąd uniewinnił w środę policjantów, którym prokuratura zarzucała pobicie 16-letniego kibica stołecznej Legii. Sprawa dotyczy wydarzeń sprzed trzech lat. W czerwcu 2005 r. na meczu Wisły z Legią pseudokibice z Warszawy stoczyli z policją regularną bitwę. Rzucali w mundurowych kamieniami, drągami, kawałkami betonu. Funkcjonariusze odpowiedzieli pałkami, gazem, strzelali w powietrze z gumowych kul, użyli armatek wodnych. Rannych zostało 21 policjantów, zniszczono kilkanaście radiowozów i wyposażenie stadionu.

Po rozróbie policjanci zatrzymali trzech kibiców – dwóch dorosłych i 16-latka. Dorosłych sąd grodzki ukarał grzywnami i zakazem wstępu na stadiony. 16-latka oczyszczono z zarzutów. Więcej – chłopak twierdził, że przyjechał na mecz w grupie spokojnych kibiców i że w jego autokarze były także 12-letnie dzieci. Obejrzał spotkanie i skierował się do wyjścia. – Kiedy szedłem w stronę autokaru, dostałem czymś w głowę – relacjonował. – Straciłem przytomność. Gdy się ocknąłem, byłem w zupełnie innym miejscu, pochylali się nade mną policjanci i bili pałkami po całym ciele. Pamiętam wszystko jak przez mgłę, byłem gdzieś wleczony, a potem leżałem skuty na trawniku.

Kibic Legii trafił do szpitala. Potem policjanci zabrali go z powrotem do komendy. – Wrzucili mnie do radiowozu za siedzenie kierowcy – zeznawał. – Najpierw ktoś uderzył mnie w twarz, potem usłyszałem, że wrzucą mnie do Wisły i wypłynę gdzieś przy Włocławku. Potem, gdy wchodziłem już do komendy, było jeszcze jedno uderzenie w kręgosłup. Padłem na podłogę, a policjanci podeszli do mnie i zaczęli mnie kopać.

Rodzice chłopaka dotarli do przypadkowo wykonanych na stadionie zdjęć, na których widać grupę policjantów bijących zakrwawionego 16-latka leżącego na parkingu (na jednej z fotografii dwaj rośli mundurowi siadają na nim). Zawiadomili prokuraturę. Sprawa trafiła ostatecznie do Ciechanowa. Tam powstał akt oskarżenia – przekroczenie uprawnień i pobicie nastolatka zaraz po meczu zarzucono dwóm policjantom z Sochaczewa. Trzeciemu – grożenie młodemu kibicowi. Natomiast winnych kopania w komendzie nie udało się prokuraturze ustalić.

Proces w płockim sądzie rozpoczął się jesienią 2006 r. Policjanci nie przyznali się do winy. Funkcjonariusze z sochaczewskiej komendy podkreślali: – Polecenie zatrzymania chłopaka dostaliśmy od dowódcy. Widzieliśmy, jak 16-latek skakał po samochodach.

– Rzucił kamieniem w naszego przełożonego – dodawał jeden z oskarżonych.

Z relacji obu policjantów wynika, że najpierw biegli za 16-latkiem i krzyczeli, by – jak się wyrazili – „zachowywał się zgodnie z prawem”. – Ale on nie stosował się do naszych poleceń – twierdził policjant. – Wtedy uderzyłem go pałką. Chłopak upadł, ale próbował się podnieść, używał wobec nas wulgarnych słów, uderzyłem go więc po raz drugi. W końcu udało się nam go obezwładnić i skuć.

Mundurowy oskarżony o groźby zapewniał natomiast, że z młodym fanem Legii nawet nie rozmawiał.

Wyrok w tej sprawie zapadł wczoraj. Sąd uniewinnił trzech policjantów. Kluczowa dla sprawy okazała się opinia biegłego lekarza sądowego. Określił on, że na ciele 16-latka nie było śladów świadczących o pobiciu. Owszem, policjanci użyli wobec chłopaka pałek, zrobili to jednak zgodnie z przepisami, tylko po to, by go obezwładnić.

Jeśli zaś chodzi o groźby – tu sąd podkreślił, że prokuratura w Ciechanowie nie przeprowadziła w sposób prawidłowy okazania, na którym kibic rozpoznał wśród zaprezentowanych mu mężczyzn tego, który groził. Przepisy nakazują, by wszystkie pokazywane pokrzywdzonemu osoby były do siebie podobne. Tymczasem policjant ważył ok. 100 kg i miał zarost, pozostali dobrani do okazania byli szczupli i ostrzyżeni na zero (bo odbywali właśnie służbę wojskową). W dodatku nie wykonano dokumentacji fotograficznej z okazania.

Policjanci nie kryli radości. Rodzice chłopaka (oskarżyciele posiłkowi) byli poruszeni, zaraz po wyjściu z sali sądowej zapowiedzieli apelację.”  

Gazeta Wyborcza Płock (2.07.08)

 Relacja poszkodowanego kibica Legii Warszawa:

Każdy słyszał zapewne o sprawie trzynastoletniego Przemka Czai ze Słupska, który został zamordowany przez policjanta na służbie po tym, jak spokojnie wracał z przyjaciółmi z meczu drużyny, której był kibicem. O konsekwencjach (a w zasadzie ich braku, bo czymże jest niecałe 1,5 roku w więzieniu za morderstwo?) jakie poniósł morderca w niebieskim mundurze pewnie też. Dzisiaj ten zbrodniarz cieszy się wolnością, prowadzi spokojne życie w ogóle nie przejmując się tym, że pozbawił życia młodego człowieka i skazał jego rodzinę na dozgonne cierpienia.

Szaremu obywatelowi wydawać by się mogło, że to jedyny taki przypadek w „wolnym kraju” po roku 1989, że czasy masowych pałowań na ulicach, tzw. „ścieżek zdrowia” na komendach i całej masy innych brutalnych pobić przez służby mundurowe już dawno minęły, że po MO i ZOMO zostały tylko filmy, zdjęcia i niekiedy niepełne umundurowanie (m.in. PRLowskie kaski z orłem bez korony), którego dzisiejsza –oczywiście w „pełni profesjonalna”- policja używa ze względu na brak pieniędzy. Taka wizja świata nie dziwi w ogóle, gdyż ściśle współpracujące z policją polskie media (które same nazywają się opiniotwórczymi) na 10 przypadków tylko przy jednym postawią znak zapytania, czy relacja policji na pewno nie ma pewnych nieścisłości czy też niedociągnięć.

Tak też wytworzył się obraz kibica-bandyty, który już jeżeli zostanie przez policjanta uderzony pałką (oczywiście bardzo delikatnie, bez jakiegokolwiek naciągnięcia prawa) to sobie na to zasłużył, bo zapewne zanim do owego uderzenia doszło niósł ze sobą terror i zniszczenie niczym muzułmańscy zamachowcy 11 września 2001.

Prawda okazuje się jednak nieraz diametralnie inna, niż przedstawiają ją policjanci i przychylni im dziennikarze. Dowodem tej tezy nie jest tylko tragedia Przemka Czai i jego rodziny, ale także nieco świeższe sprawy, o których było i jest głośno. M.in. skatowanie przez policję kilkunastoletniego Adriana z Zamościa, który po ciosach policyjną pałką w głowę zapadł w kilkumiesięczną śpiączkę, zamordowanie przez policjantów kibica z Mielca, któremu zablokowano drogę (jechał na motocyklu), po czym wpadł pod autokar, którego kierowcy policjanci kazali kilkakrotnie ruszać i cofać autokarem tak, że kibic został przejechany autokarem co najmniej 3 razy… Inną głośną sprawą jest także sprowokowana przez policję awantura z kibicami GKS-u Katowice – media w zasadzie przemilczały sprawę brutalnych pobić wielu katowickich kibiców, zaś skupiły się jedynie na poszkodowanych policjantach. Ponadto manifestację kibiców przeciwko agresji policji ochrzczono „manifestacją kiboli w Katowicach” (właśnie taki napis widniał na pasku TVN24).

Szerzej skupię się na innej sprawie, nieco starszej od trzech powyższych. Opiszę tutaj wydarzenia z dnia 12 czerwca 2005 roku, kiedy to płocka Wisła podejmowała na swoim stadionie Legię Warszawa.

Jak swego czasu co roku, Płock przeżył „najazd” kibiców Legii. Przedstawiciele zarządu Wisły byli na tą okoliczność przygotowani i na trybunach zasiadło ok. 3000 warszawiaków – wszyscy przeszli spokojnie przez bramę wejściową i zostali rutynowo przeszukani przez ochroniarzy. Pomimo drobnych incydentów, jak rzucanie w policję częściami cateringu z Warszawy (co było maksymalną głupotą), który został opłacony przez Stowarzyszenie Kibiców Legii Warszawa, mecz przebiegał spokojnie. Po jego zakończeniu policja zaczęła atakować spokojne grupy kibiców i pryskać na oślep gazem łzawiącym. Wiele niewinnych osób zostało rannych, w tym także ja, chociaż drugiej strony „ranny” jest nieco lekkim słowem. A zaczęło się tak…

Wychodziłem ze stadionu, wszelakie zamieszki ustały już co najmniej 2 minuty wcześniej (warto dodać, że podczas nich podobno miała miejsce zabawna sytuacja, kiedy to policja wzięła nogi za pas przed agresywną grupą kibiców i na pytanie jednego z dowódców co robią, usłyszał „sam się z nimi bij”). Jedyna pozostałość po zamieszkach to leżące w bezładzie kamienie i wszechobecny ”zapach” gazu łzawiącego. W mniej więcej połowie drogi, pomiędzy sektorem gości a wyjściem głównym dostałem czymś w głowę – było to bardzo mocne uderzenie, przedmiot, którym dostałem „musnął” mi głowę i poleciał dalej w bardzo małym stopniu zwalniając swą prędkość. Na pewno nie był to kamień, bardziej możliwe jest, iż był to gumowy pocisk z broni gładkolufowej, której policja używała już jakiś czas wcześniej. Po tym uderzeniu straciłem przytomność, natomiast kiedy się ocknąłem byłem już w zupełnie innym miejscu (pomiędzy samochodami, zaś droga, którą szedłem przebiegała obok parkingu, nie przez niego) i byłem bity pałkami po całym ciele przez kilku policjantów. Po ich uderzeniach m.in. w głowę ponownie straciłem przytomność i zacząłem ją odzyskiwać już po pobiciu, tj. kiedy byłem wleczony w kajdankach przez dwóch policjantów. Dowlekli mnie na jakiś trawnik, na który zostałem rzucony twarzą do ziemi (niezbyt obchodził ich fakt, że na głowie mam otwartą ranę, z której ciągle leci krew). Po jakimś czasie zjawił się ambulans, lekarz wytarł mi krew z twarzy i powiedział, że trzeba mnie zawieść do szpitala. W karetce został mi założony prowizoryczny opatrunek, zaś oprócz mnie i lekarzy jechało nią także dwóch policjantów, którzy uczestniczyli w pobiciu.

W szpitalu spotkałem kolegę Piotrka, dobrze znanego wszystkim kibicom wodzireja z Żylety, który znalazł się w nim razem ze swoją dziewczyną – miała ona na ręku założony plastikowy opatrunek, co świadczyło o złamaniu. Obrażenia tego doznała w wyniku ataków policji na spokojnych kibiców. Poprosiłem go, by wziął ode mnie szalik i telefon, z którego zadzwonił do osób, z którymi przyjechałem i powiadomił ich o całym zdarzeniu. Cały czas byłem skuty w kajdanki, choć ze względu na mój stan (m.in. ciągły ból i zawroty głowy) nie było obawy, że mogę chcieć czy tym bardziej próbować uciec. Zostały mi one zdjęte dopiero na prośbę lekarza i pielęgniarki, którzy zszywali mi głowę.

Po zszyciu i kilku prześwietleniach lekarze uznali, że mogę opuścić szpital. Pod szpitalem czekał specjalnie podstawiony radiowóz z policjantami, którzy ewidentnie ucieszyli się z zaistniałej sytuacji. Zostałem wrzucony pomiędzy siedzenie kierowcy a kanapę za nim, na przywitanie jeden z policjantów uderzył mnie otwartą dłonią w twarz. Następnie poleciały wyzwiska i groźby, typu „wrzucimy cię do Wisły i wypłyniesz dopiero przy Włocławku” czy takie, które kilka minut później się sprawdziły, czyli o następnym pobiciu. W pewnym momencie jeden z policjantów rzucił do kierowcy: „-skręć gdzieś, żeby ludzie nie widzieli”. Radiowóz się zatrzymał, po czym zostałem z niego wyrzucony w jakieś krzaki, gdzie ponownie zostałem pobity pałkami po całym ciele. Owe krzaki były nieopodal płockiej komendy, gdyż drogę z nich na komisariat przeszedłem już pieszo. Ledwo zdążyłem przejść przez próg komendy, a dostałem już bardzo mocne uderzenie pałką w kręgosłup, po którym posypały się kolejne uderzenia. Upadłem. Wtedy obecni na komendzie policjanci zaczęli mnie kopać po całym ciele. Kiedy już przestali, kazali mi stać twarzą do ściany (widzieli, że ciężko jest mi utrzymać równowagę), po czym kiedy już pozwolili mi się odwrócić cały czas mi grozili i mnie obrażali.

Następnie zostałem poddany badaniu na alkomacie – wynik 0,00. O moim zatrzymaniu zostali powiadomieni moi rodzice, policja była gotowa mnie zwolnić. Jednak ze względu na nie dysponowanie moich rodziców samochodem, do Płocka mogli się oni udać dopiero pierwszym autokarem, który wyruszał o 5 rano. Zostałem więc przewieziony na Izbę Dziecka, czyli „dołek” dla nieletnich.

Rano zostałem przewieziony z powrotem na komendę w celu złożenia zeznań, gdzie czekali już moi rodzice. Zszokowani moim wyglądem (zszyta głowa, liczne siniaki i obtarcia) i zeznaniami napisali pismo, w którym zaprotestowali przeciwko takim działaniom policji. Owe pismo zostało odebrane przez policję jako „zażalenie na zasadność zatrzymania”, po czym okazało się, że policjanci, którzy jeszcze kilka godzin wcześniej chcieli puścić mnie do domu, po przeczytaniu owego pisma zaczęli wnioskować o umieszczenie mnie w schronisku dla nieletnich. Tego samego dnia zostało wykonanych jeszcze kilka badań, m.in. ponowne prześwietlenia, po których okazało się, że mam złamaną rękę (przed wyjazdem na komendę ze szpitala ręka poza kilkoma siniakami była w pełni sprawna). Kilka godzin później do Izby Dziecka przyjechała Sędzia, która po wysłuchaniu moich zeznań uznała, że „zatrzymanie było w pełni zasadne i legalne”.

Do Warszawy zostałem przetransportowany dopiero następnego dnia, choć policjanci chcieli mnie u siebie trzymać jeszcze jeden dzień. Zapewne tak też by się stało gdyby nie to, że moich zeznań domagał się Sąd Rodzinny dla Warszawy-Śródmieście. Po złożeniu zeznań zostałem zwolniony do domu i wprost z Sądu udałem się do prywatnej kliniki lekarskiej w celu wykonania obdukcji (w szpitalu w Płocku było to nie możliwe za sprawą braku lekarza o odpowiednich kwalifikacjach). Badający mnie lekarz stwierdził: rozcięcie głowy, liczne linijne wylewy na całym ciele, obtarcia skóry na dłoniach, nadgarstkach i twarzy i złamanie trzeciej kości śródręcza.

Moi rodzice (miałem wtedy 16 lat) sprawę przeciwko policji skierowali do prokuratury. Po kilku miesiącach śledztwa sprawa trafiła do Sądu Rejonowego w Płocku i na ławie oskarżonych zasiadło trzech policjantów: Grzegorz G., Tomasz D. (oskarżeni o pobicie) i Krzysztof J. (oskarżony o groźby karalne). Innych sprawców pobicia i gróźb nie udało się wykryć. W czasie trwania prokuratorskiego śledztwa było także prowadzone dochodzenie przeciwko mnie w Sądzie dla Rodziny i Nieletnich w Warszawie – zostałem w pełni oczyszczony ze stawianych mi zarzutów.

Adwokatem oskarżonych został Marek Sz. – były prezes Sądu Rejonowego w Płocku (informacja ze strony internetowej Sądu). Towarzyszyło mu także dwóch aplikantów. Podczas sądowego śledztwa powołani zostali również biegli lekarze, którzy mieli przeanalizować moje obrażenia, stwierdzić jakie były i jakie było w związku z tym zagrożenie dla utraty zdrowia bądź życia. W późniejszym toku sprawy, inni biegli mieli stwierdzić czy z zapisu filmowego z kamery policyjnej ktoś „przypadkiem” nie skasował pewnego fragmentu – otóż w pewnym momencie widać szturm policji na spokojnych kibiców (grupę, w której były dziewczyny i dzieci), widać ruch pałek po czym kamera idzie w bok i następuje urwanie filmu na 5 minut. Najprawdopodobniej właśnie podczas tych pięciu minut zostałem trafiony czymś w głowę i pobity m.in. przez dwóch oskarżonych. Nie udało się jednak ustalić, czy przy filmie ktoś majstrował, czy też nie.

W Sądzie policjanci zeznali, że widzieli jak skakałem po samochodach. Co ciekawe o niczym takim nie napisali ani w swojej notatce, ani nie zeznali tego w prokuraturze. Czyżby nagłe olśnienie?

Biegłych lekarzy, jak już napisałem, było kilku. Pierwszy z nich w ogóle nie widział zdjęć, na których bardzo dobrze widać moją ranę głowy. Nie widział także zdjęcia, na którym dwóch policjantów siedzi na mnie – jeden w całym oporządzeniu na pewno waży około 150 kg. Opinia ostatniego natomiast okazała się „kluczowa dla sprawy”. Otóż stwierdził on, że na moim ciele nie było żadnych śladów pobicia (należy zaznaczyć, że moja obdukcja lekarska od początku sprawy była jednym z dowodów). Uznał on, że choć policjanci użyli wobec mnie pałek, to zrobili to zgodnie z przepisami „by mnie obezwładnić”.

Ciekawa była także mowa końcowa aplikanta obrońcy oskarżonych, który powoływał się na wydarzenia w Wilnie i w Krakowie, które notabene nie mają nic wspólnego z tą sprawą. Grzmiał on o „ostrzyżonym na zapałkę chuliganie w zielonym fleku i z szalikiem na twarzy” i o bohaterstwie policji, która dzielnie stawiła czoła hordom bandytów.

Policjanci zostali ostatecznie uniewinnieni, aczkolwiek nie można tego nazwać ich stu procentowym sukcesem. Wyrok nie jest prawomocny, poza tym przez dłuższą część procesu oskarżeni funkcjonariusze aby zasiadać na ławie oskarżonych byli przez swych przełożonych wysyłani w delegację służbową. Zostało to wykryte i dwie osoby w sochaczewskiej komendzie poniosły za to konsekwencje.

Choć sprawa trwała ponad 3 lata i oskarżeni na razie (zaznaczam – na razie) uniknęli kary, to nie jest to koniec tego procesu. Składam apelację i nie zamierzam się poddać. Choć nie jest to łatwa droga i wszem i wobec podnoszą się głosy typu „z policją nie da się wygrać”, to skomentuję je dopiero, kiedy proces w pełni się zakończy (tj. kiedy wyrok będzie prawomocny).

Wydarzenie miało miejsce, kiedy miałem 16 lat, gdy sprawa trafiła do Sądu lat miałem 17. Dzisiaj mam 21 lat, nie wiem ile będę miał kiedy sprawa w pełni się skończy aczkolwiek nie zważam na to i będę walczył do końca. Nie chodzi tutaj tylko o mnie, ale o wszystkich niewinnych kibiców, którzy zostali w podobny sposób potraktowani przez policję. Niech bandyci w niebieskich mundurach wiedzą, że nie mogą być bezkarni.

Na koniec chciałem zaapelować do wszystkich kibiców aby nie olewali tego typu spraw i starali się walczyć. Składanie skarg na policję nie jest „frajerstwem”, zaś olewanie takich spraw jest tylko i wyłącznie przyzwoleniem na bezkarność policji.

Chciałem też podziękować Grześkowi z Błonia, Piotrkowi i jego dziewczynie Katarzynie za pomoc zarówno przed jak i podczas trwania sprawy. Dziękuję także wszystkim osobom, które wspierały mnie i moją rodzinę duchem.

JULEK

ZDJĘCIA: Na fotkach właśnie opisywane wydarzenia i autor tekstu. Rysunki o psach – Karol. ACAB!