LISTY CZYTELNIKÓW: Okołomelanżowa polemika (2).

A „polemika okołomelanżowa trwa” :-). Na maila redakcji dotarły kolejne dwa teksty odnośnie odpowiedzi jednego z czytelników „DL”. Temat przewija się już długo, ale cały czas pojawiają się nowe wątki, a więc z chęcią publikuję. W sumie tak jak pisze KW, trzeba by bardziej zdefiniować kogo tyczy się tekst, bo różni ludzie mają różne cele oraz potrzeby… Jednak jako, że jest to zine jaki jest – grupa odbiorców jest w zasadzie wąska i myślę, że każdego z nas w jakimś stopniu to wszystko dotyczy… Miłej lektury.

 Ł.

Dosyć krótko chciałem się odnieść do listu ‘haemce’ z Poznania, który niedawno pojawił się na łamach Twojego e-zina i jednocześnie odpowiedzieć na pytanie, które zadał. Wydaje mi się również, że owe pytanie przewija się w głowie nie jednej osoby.

Cytuję: „czy naprawdę (…) nikt, kto dość regularnie trenuje i lubi sport, nie ma prawa do piwka lub dwóch albo jednego dobrego balu w sobotę? Przez niedzielę może się wyspać, zregenerować i dzięki dobrej diecie wrócić do formy”.

W zasadzie każdy musi sobie zadać pytanie uzupełniające- co nazywasz regularnym treningiem? Jeśli trenujesz 2-3 razy w tygodniu, to jeden bal w tygodniu i tak Ci nie zaszkodzi, co najwyżej spierdoli dietę. Treningiem o rzadkim natężeniu możesz co najwyżej poprawić sobie samopoczucie, wmówić sobie że trenujesz, jesteś sportowcem i jest OK., a nie wypracować cokolwiek. To takie małe oszukiwanie siebie na zasadzie równań, z którym spotkałem się nie raz nie dwa: jeden melanż= 4h na sali; =tydzień treningów; = ileś tam minut biegania i wszystko niby wraca do normy. Nieszkodliwa hipokryzja i mówię Ci to z czystym sumieniem- możesz połączyć obie rzeczy, tylko pytanie brzmi czy chcesz? Rekreacja też może dać efekt jak szanujesz czas.

Większy kontrast pojawia się przy konkretnym planie treningowym, gdy na sali jesteś codziennie po dwa razy i dokładasz inne zajęcia. Czy uważasz, że wtedy taki sobotni wypad marnujący tygodniowy wysiłek jest opłacalny? Wolna niedziela (a z reguły i tak treningowa) ani najlepsza dieta z suplemacją nie oddadzą Ci tych zmarnowanych godzin i tydzień rozpoczynasz z głębokiej dupy. Ja wybrałem i nie żałuję mimo wszystkich pobocznych skutków.

Kończąc, prawda jest brutalna: albo bawisz się w sport i cenisz czas który poświęcasz na trening, i robisz sobie konkretny wypad raz na pół roku, lub malujesz się na sportowca, ale tak naprawdę jest on dodatkiem do sobotniego melanżu aby moralnie się przed sobą usprawiedliwić w ciężki niedzielny poranek. Trzeba tylko stanąć przed lustrem i powiedzieć sobie to w twarz, a nie brnąć w kłamstwie przed sobą.

KW (mail do wiadomości redakcji)

Witam, na wstępie chciałbym napisać, że gratuluje e-zina i z większością konkluzji zawartych w nim zgadzam się niemalże w 100%. Robisz kawał dobrej roboty, bo to nie tylko propagowanie słusznych wartości wśród czytelników, ale też wspieranie innych „wojowników” w swojej drodze, bo każde przeczytanie kolejnego tekstu dodaje wiary w sens tej naszej walki, że są gdzieś tam ludzie, co myślą tak jak my. Jarają się tymi samymi sprawami i chcą walczyć o te same idee. Świetna sprawa, człowiek czuje się mniej samotny, bo prawda jest taka, że ludzi, którzy myślą tak jak my jest garstka w naszym otoczeniu, a na co dzień w szkole, pracy itd. człowiek czuje się jak na Marsie… Większość ludzi (nawet ci ze „środowiska” często wolą śpiewać kawałki Honoru przy piwie niż działać) nie potrafi wyrzec się drobnych przyjemności na rzecz walki o rzeczy wielkie i ważne….

Wracając do wątku, kolega haemce trochę się dziwi dlaczego Ty czy inni odrzucają w 100% alkohol, nie akceptując picia nawet raz w tygodniu z kolegami, bo przecież „2-3 piwka nie szkodzą”. Niby racja. Tobie nie szkodzą, ale może innym już tak? Może trochę dziwacznie to brzmi (w dalszej części wytłumaczę), ale ja jestem nacjonalistą, który odrzuca liberalne dyrdymały „jak chce to niech pije” i żyje w/g zasady „Życie i śmierć dla Narodu”. Bo abstynencja nie jest celem samym w sobie lecz środkiem do wyrabiania w sobie charakteru i silnej woli, pewnego rodzaju testem.

Lecz obok indywidualnego znaczenia „no-alko” jest jeszcze druga, najważniejsza kwestia – znaczenie społeczne. Alkoholizm jest jedną z największych klęsk społecznych narodu polskiego. Ile to już razy w historii zdarzyło się, że przez wyniesienie alkoholu ponad idee straciliśmy prawie wolność? Przykład wojny z bolszewikami w 1920 jest najlepszy, mało kto wie, że nazwa „Cud” w dużej mierze odnosiła się do sytuacji moralnej naszego społeczeństwa, kadra oficerska była tak zdemoralizowana (w głównej mierze przez alkohol), że szarzy żołnierze byli wręcz w panice, co z nimi będzie… Ważny aspekt, a szkoda, że pomijany…

Wracając do przyziemnych i aktualnych spraw – jedynym i skutecznym sposobem walki z alkoholem jest akcja od dołu i nie ma tutaj różnicy czy pije mało bądź dużo, bo akcja nie będzie skuteczna jeżeli sami (ją prowadzący!) będziemy pili. Jeżeli odrzucimy w 100% alkohol to dajemy jasny sygnał, że nie pijemy i koniec.

I tutaj wracam do początku tekstu, swoją postawą wpływamy na otoczenie, naszą stanowczą postawą możemy komuś pomóc lecz też możemy go wpychać w szpony nałogu… Często jest tak, że idzie się do knajpy za namową kolegi na te 1-2 piwka, sam możesz pić z umiarem, ale kolega, który ma słabszą głowę, słabszą wolę się upije (bo do jednego czy dwóch nie siada)… Co z tego, że ty trzymałeś fason skoro w pewnym sensie przyczyniłeś się do stanu kolegi? Gdybyś stanowczo odmówił i zamiast do knajpy poszedł na siłownię/akcję propagandową na mieście/trening (trzeba się nawzajem nakręcać pozytywnie – na działanie!), kolega może by nie poszedł do knajpy, a w późniejszym etapie wybrał się z Tobą na siłownię/trening zamiast marnować czas w knajpie nawet przy tym jednym piwie?

Więc to nie jest tak do końca, że grunt aby pić z umiarem, picie samo w sobie jest dla nas patologią i stratą czasu, jest tyle ważniejszych spraw do zdziałania, tyle lewackich mord do obicia, że szkoda czasu ;-). Napiszę więcej, każdy widzi jak sprawy mają się w Polsce, lewackie media, politycy kurwy, upadek wartości, masa pracy do wykonania aby choć trochę zmienić rzeczywistość. Kto uważa się za patriotę/nacjonalistę i w tym czasie siedzi w knajpie przy piwie jest … powoli kończę, bo zaczynam się denerwować ;-).

Swoją postawą dajemy przykład innym – „błędne jest myślenie, że dobro twojej ekipy nie jest w twoim zakresie” kończę cytując klasyk ;-). Pozdrawiam i życzę wytrwałości w tym, co się robi.

Tomasz (mail do wiadomości redakcji)