LIST CZYTELNIKA: Polemika wokoło modern football (2).

Szybko na list w sprawie „modern football” na przykładzie FC Barcelona, odpowiedział korespondent „DL” – Z. Dużo ostatnio tych listów… I zarówno z poprzednim mailem na ten temat można było się zgodzić – tak i z tym dzisiejszym… Bo sama Barcelona Barceloną, ale co z jej masą „fanów” i „sympatyków”? Czy gdyby Barca spadła do II ligi to nadal by oglądali i śledzili jej zmagania? A Boixos Nois z Barcy, jak ostatnio interesowałem się ich tematem, to chyba mieli tam przejebane na tym multipleksie?

Ł.

K., w odpowiedzi na Twój mail i zawarte w nim przekazy, których stanowisko jest w wielu kwestiach sprzeczne z moim spojrzeniem na niektóre tematy, postanowiłem Ci odpowiedzieć, również bez zbędnej napinki. Po prostu uzupełnić pewne niedomówienia.

1. Pierwszą i podstawową sprawą jest to, że moje spojrzenie na piłkę nożną w większości zawiera się fascynacją środowiskami kibicowskimi, życiem trybun, duchem ULTRA, a naprawdę w dużo mniejszym stopniu samą sportową stroną. Bardziej mnie interesuje, jak wyglądają na trybunach poszczególne ekipy, niż to które mają miejsce w tabeli i w której lidze grają ich kluby.

2. Sprawa druga – mój tekst nie opisywał konkretnie FC Barcelony, czy Realu – choć była tam o nich mowa. Po prostu moje spojrzenie ogólnie na tzw. wielką piłkę, która dla mnie jest przede wszystkim ogromnym biznesem, maszynką do zarabiania hajsu poprzez reklamy, ogromne pieniądze włożone w promocję, marketing, jest postrzegane przeze mnie negatywnie. Dotyczy to Ligi Mistrzów i innych rozgrywek, gdzie przepierdala się kupę szmalu, po to by robić z tego niewiadomo jak wielkie wydarzenia. Panuje na to moda, w znacznej mierze popularność tych „najlepszych” klubów jest trendy i właśnie ta moda jest magnesem, wokół którego kręci się to całe zainteresowanie wspomnianymi rozgrywkami. Gdyby te kluby, które dziś są na fali nagle spadły na dno, a w ich miejscu pojawiły się inne (które dzisiaj „dołują”) ludzie, na co dzień niemający nic wspólnego z piłką i kibicowaniem momentalnie przerzuciliby swoje fascynacje na nowe obiekty. Dlatego rzygam tą całą modą na rozgrywki min. Ligi Mistrzów. Bo ta moda nie ma nic wspólnego z wiernością i miłością do konkretnego klubu. Równocześnie razem z wielkimi pieniędzmi dokonuje się selekcji preferowanego widza, wyganiając z trybun prawdziwych fanów, tych niepokornych i trudnych do kontrolowania, próbując zastąpić ich piknikowymi widzami, którzy zostawią masę kasy kupując pamiątki, na różne sposoby współfinansując te teatry, gdzie nie ma miejsca na choć odrobinę niepoprawności. Ma być pełna kultura, zachwyty nad wyczynami piłkarzy i grzeczne oglądanie widowiska. Tyle tylko, że są kibice, u których szybsze bicie serca wywołuje wywieszona do góry kołami flaga przeciwnej drużyny, a sam przebieg meczu na boisku ma drugorzędne znaczenie.

3. Temat piłkarzy – wspomniałeś o zasługach, przywiązaniu, wdzięczności. Jasne, są tacy piłkarze, ale ich procent w skali całokształtu jest znikomy. Znakomita większość traktuje swoje kluby, jako miejsce, skąd pobierają wypłatę.  Zrobić swoje, wziąć kasę i poruchać gdzieś w hotelowym pokoiku jakąś lampucerę. Ja osobiście szanuję  tylko kilku piłkarzy za to, że potrafili związać swoje życie z konkretnym klubem, nie oglądając się na hajs i okoliczności. Wojtek Kowalczyk, warszawski chłopak, który miał jaja i charakter. I chociaż nie zdobył światowej sławy, dla mnie jest Kimś, bo wiedział skąd jest i jaki Klub reprezentuje. Artur Boruc – chłopak, który potrafił wisieć na płocie podczas wyjazdowego meczu Legii Warszawa, zarzucając pieśni kibicowskie. Wielki człowiek – Lucjan Brychczy, który całe swoje życie spędził w jedynym klubie bliskim własnemu sercu. Kazimierz Deyna, który stał się legendą i zawsze będzie symbolem dla wszystkich Legionistów. To nie tak, że ja mam wyjebane na wszystkich piłkarzy. Niewielka część z nich naprawdę zasługuje na szacunek, nie tylko w moim klubie, tak jest w wielu miejscach. Ale ilu jest takich, którzy spierdolą z klubu przy najbliższych niepowodzeniach, jeśli tylko znajdzie się dla nich oferta. Ilu z piłkarzyków nie szanuje kibiców, ludzi dzięki którym świetnie prosperują i których zainteresowanie występami wspomnianych „gwiazdorów”, przynosi im samym niebagatelne dochody, niewspółmierne do umiejętności. Zresztą, odsyłam Cię do mojego wcześniejszego tekstu (ten z dnia prezentacji drużyny Legii). Tam napisałem jasno, co sądzę na temat gwiazdorstwa i szacunku dla piłkarzy, oraz piłkarzy dla kibiców.

A jeśli już miałbym kiedyś pojechać na mecz drużyn europejskiego formatu, to raczej wybrałbym się na derby Rzymu, stojąc z fanatykami Lazio, za starych dobrych czasów, kiedy na włoskiej scenie działo się o wiele więcej niż teraz. Albo na mecz Chelsea z Millwall, chociaż nie trawię angoli za ich zarozumialstwo. Albo na mecz z Ajaxem Amsterdam, również mogłoby to być ciekawe doświadczenie. Po prostu, poziom sportowy, a duch trybun, to czasem zupełnie inne sprawy. A każdy z nas powinien decydować, co jest dla niego bardziej pociągające.

Być może moje argumenty nie przekonają Ciebie, masz prawo do odmiennego zdania. Takie jest po prostu moje spojrzenie na tzw. wielką piłkę, gwiazdorstwo i  modernizację futbolu. Uważam, że nowe, piękne stadiony, nie zawsze idą w parze z prawdziwymi emocjami. I nie wszyscy kibice, są na nich mile widziani.

Z.