7.03.12 Staruch: „(…)Świecenie mordą to ogromna odpowiedzialność(…)”!

Na „Drodze Legionisty” miał zadebiutować już po meczu Legii w Turcji, ale niedługo potem doszło do słynnego aresztowania… Dzisiaj możemy na szczęście porozmawiać… Do tego wywiadu szykowałem się już jakiś czas, ale teraz moment wydaje się najodpowiedniejszy. Dla wielu oficjalnych mediów, łowców sensacji – wywiad z ich „wrogiem numer jeden”, a dla nas po prostu z naszym legijnym gniazdowym… Staruchem. Zwykłym kibolem, który w pewnym momencie stał się ofiarą własnego aktywizmu i braku kompromisu. Staruch porusza m.in. wiele kulisów działań „polskiej” policji. Ciekawe czy jakiś pseudodziennikarz, który z pewnością przeczyta ten wywiad – zainteresuje się metodami działań „władzy”, czy też może tradycyjnie oburzy się, że po prostu dwójka faszystów- fantastów dyskutuje w tonie politycznie niepoprawnym? Tak – żyjemy w krainie hipokrytów oraz ignorantów, do których słusznie nie mamy ani odrobiny szacunku. I m.in. o tym przeczytacie w tym wywiadzie. Bez cenzury i jakiegokolwiek PRu. Zapraszam.

Ł: Pierwszym pytaniem u mnie w wywiadach zawsze jest „przedstaw się czytelnikom”, ale myślę, że w tym przypadku jest to zbędne :-). A zatem, co słychać Staruch?

S: A, dobrze, dziękuję :-). Moje życie wróciło już na normalne tory i w końcu mogę być tam gdzie chcę, a nie tam, gdzie muszę. Udało mi się doprowadzić do uchylenia środków zapobiegawczych za Bydgoszcz i za Rzeźniczaka, więc w końcu mogę śmigać na legalu na wyjazdy. Szkoda tylko, że tych wyjazdów jak na lekarstwo… 

Ł: Miałeś zadebiutować na „DL” już po meczu w Turcji, ale tak się składa, że „demokratyczna III RP” postanowiła wsadzić Cię za kratki. Długość odsiadki jest wybitnie nieadekwatna do czynu… Klapki, torba… to jakiś absurd. Czy po tym wyroku wierzysz w jakiekolwiek prawo w dzisiejszej Polsce?

S: Debiut odsunął się nieco w czasie, ale co się odwlecze… :-). Ja od czasu pierwszych lolek przyjętych od psów na plecy (15 lat temu) nie wierzę w sprawiedliwość w tym kraju, w jakiekolwiek prawo i w to, że ktokolwiek je reprezentuje. Za przestępstwo, którego nie było wyłapałem tyle, co czerwony zbrodniarz Kiszczak za stan wojenny. O jakim prawie mówimy, skoro tuż po powalce szef gadów na Białołęce mówi mi: „tu już cztery miesiące było wiadomo, że będziesz, tylko nie było wiadomo za co”. Przed ostatnim meczem ze Sportingiem u siebie pojechałem podpisać pierwszy od 7 miesięcy dozór. Pies uśmiechnięty mówi: „To wszystko było tu tak zorganizowane, żeby cię upierdolić”. Przypomina mi to stalinowską zasadę „dajcie mi człowieka, a paragraf się znajdzie”. I w jakie prawo ja mam wierzyć? Od siedmiu lat jedyne, co mnie spotyka ze strony tego państwa to sprawy w sądzie, zakazy stadionowe, dołki, szykany, inwigilacja, pucha, wycieranie sobie mną mordy przez rozmaitych śmieci z rządu, sejmu, telewizji i gazet. Nigdy nie doświadczę sprawiedliwości ze strony krajowego wymiaru sprawiedliwości, dlatego „przerzuciłem się” ostatnio na Strasburg i tam kieruje moje zastrzeżenia co do moich spraw. Pierwsza skarga już przyjęta :-). Abstrahując już od mojej sprawy, co to za prawo, które za odpalenie racy przewiduje dokładnie takie same „widełki” jak za nieumyślne spowodowanie śmierci? 

Ł: Z „Gazety Polskiej” już wiemy, że byłeś gnębiony przez „władze” po aresztowaniu, czego się zresztą każdy -kto wie co jest pięć- spodziewał… A tak poza tym, jakieś ciekawe sytuacje z samej odsiadki? Jak ona minęła? Dochodziły listy?

S: Dobrze minęła, zresztą wszystko jest dla LUDZI ;-). Cytując klasykę filmu polskiego: „Jak się śmiga w dobrej ekipie to dbają!” :-). Listy czasem dochodziły, czasem nie, szczerze mówiąc to masę listów dostałem tydzień temu, niektóre jeszcze z listopada :-). Co do zatrzymania – na Mostowskich przyszedł do mnie szef wydziału ds. walki z przestępczością pseudokibiców, niejaki Pamuła i kiedy siedziałem skuty na krześle stanął nade mną i z odległości 30 cm zaczął się pruć, ubliżać i rzucać teksty o „pękającej dupie”. Zapytałem go więc, czy kończył jakąś wiejską szkołę teatralną, że się tak zachowuje. Dostałem parę strzałów na baniak i obietnice „Tak? To zobaczymy!”. Po godzinie, może półtorej, przyjechało po mnie trzech śmieci z realizacji (chociaż byłem już zatrzymany!), w pełnym umundurowaniu i kominiarkach. Weszli, jeden z nich powiedział: „Siemasz Staruch, sorry, że musiałeś tyle na nas czekać!”. I zaczęła się jazda :-). Wpierdol w pokoju, plecy, żebra, klata, baniak. Potem zaciągnęli mnie do busa, wrzucili twarzą do ziemi z rękami skutymi z tyłu i napierdalali chyba jakimś batonem przez całą drogę do szpitala na Solcu, gdzie lekarz miał orzec, czy mogę przebywać na dołku. Z początku się spinałem, potem już na tyle przywykłem do bólu, że nie reagowałem zbytnio. Potem chcieli mnie poczęstować elektrowstrząsami, ale wykpiłem się rzekomą arytmią serca :-). Nie przestali napierdalać nawet przed drzwiami gabinetu lekarza, gdzie przyjąłem jeszcze parę kolan na klatę. Samo badanie – parodia. Konował poświecił latareczką w oczy, zmierzył ciśnienie i powiedział: „Zdrów!” – pytałeś, czy wierzę w prawo, a ja nawet w służbę zdrowia w tym państwie nie wierzę, hehe ;-). Śmieci z realizacji zaciągnęły mnie z powrotem do samochodu, jeszcze tylko parę minut wpierdolu i dojechaliśmy na komendę na Jagiellońskiej. Psy z tej komendy nie chciały mnie przyjąć na dołek, bo po moim przyjeździe na Mostowskich nie miałem żadnych obrażeń, a tu nagle ni stąd ni z owąd morda obita, noga kulawa, od pleców po pięty trochę w pręgi, trochę w łaty… co tu robić? W końcu psy uradziły, że się „chyba musiałem gdzieś przewrócić” i, że nie wiedzą w jakich okolicznościach powstały moje obrażenia. Po przyjeździe na Białą trzy dni później lekarz zrobił mi obdukcję, zgłosiłem pobicie przez psy do prokuratury i czekam na rozwój sytuacji.

Co do samej odsiadki to spotkałem wielu naprawdę wartościowych ludzi, których z pozytywnym skutkiem zarażałem na Białołęce pasją kibicowania :-). Paru kolegów z Legii też spotkałem, oby jak najszybciej było im dane siąść z nami na trybunie. Dużo ciekawych historii o rozjebusach zza miedzy słyszałem, zresztą od ludzi niemających nic wspólnego z kibicowaniem, więc ciężko posądzić ich o brak obiektywizmu. A jak czas mijał? Treningi, rysowanie, odpisywanie na listy, trochę telewizji, gry w „trzy, pięć, osiem”, duuuuużo myślówki na różne tematy. Powstało parę pomysłów na oprawy i trzy nowe legijne piosenki, które mam nadzieję, że wkrótce będą miały swój debiut.

Ł: Nie jest tajemnicą, że zamykając Cię – chcieli Cię złamać. Uciszyć. Udało im się?

S: Nie i nigdy im się to nie uda. Pewnie niejeden dałby sobie spokój, bo zapewne dla każdego normalnego człowieka trzymanie się pasji, z której ma się tylko ciągłe zakazy, represje, szykany, straty i problemy jest głupotą. Jak już Ci wspomniałem, na 15 lat mojego chodzenia na mecze 7 lat to pasmo zakazów. Ale każda kolejna historia spadająca na mnie utwierdza mnie w przekonaniu, ze idę dobrą drogą. Drogą Legionisty, hehe :-). I motywuje mnie wciąż mocniej do działania na rzecz ruchu kibicowskiego, do walki o nasze zasady na naszych trybunach, do przekazywania tego wszystkiego młodszym pokoleniom i mówienia na głos o tym, co jest złe i z czym musimy walczyć. Nikt nie mówił, że będzie łatwo, ale wzięcie na garb tego, że coś się robi, że gdzieś się świeci mordą to nie przywilej, ale przede wszystkim ogromna odpowiedzialność.

Ł: Czy jednak chciałbyś czasem cofnąć czas do tego okresu gdy Twoja twarz nie była znana każdemu dziennikarzowi? Przyznam szczerze, że mi jest dobrze z tym, że moja facjata jest anonimowa :-).

S: Nigdy o tym nie myślałem, jest jak jest i muszę to znosić. Taka jest widać cena wzięcia odpowiedzialności za coś, otwartego mówienia o pewnych sprawach… Na pewno byłoby mi łatwiej w wielu życiowych kwestiach, gdybym mógł być anonimowy. Można się pisać wtedy na więcej zaangażowania w pewnych kwestiach albo spokojnie pojechać poleżeć nad Bałtykiem :-). Ale zawsze podkreślam – i każdy rozsądnie myślący człowiek to zrozumie – że jakaś rozpoznawalność nigdy nie była moim celem, a jest jedynie efektem ubocznym jakiegoś tam działania. Łatwo sobie pożartować „ty celebryto!” :-), trudniej wziąć coś na bary i firmować to własną jażwą – bo praca, bo szef, bo uczelnia, bo rodzina, znajomi… Trzeba po prostu robić swoje dla swoich i nie przejmować się niczym, a już najmniej artykułami we wszelkich szmatławcach czy materiałami w telewizjach pokazujących świat kompletnie oderwany od rzeczywistości.  

Ł: Wielu czytając te opowieści o policyjnym terrorze może się orać przed podjęciem jakichś działań… A chodzi nam przecież o to by na Żylecie było jak najwięcej osób odpornych na to wszystko. Jaki widzisz sposób na hart dla nowych ludzi? Czy w świecie pełnym kamer i multipleksów może wyrosnąć twarde pokolenie?

S: Owszem, w każdych czasach może. Wszystko jest kwestią „pracy u podstaw” i przekazywania młodzieży dobrych wzorców, odpowiednich postaw. Przede wszystkim młodzież musi zdać sobie sprawę z tego, że kibicowanie to nie jest darcie japy przez 90 minut raz na dwa tygodnie, tylko, że kibicem się jest na codzień, ze wszelkimi tego konsekwencjami… Trzeba być blisko tych wszystkich dzieciaków, stale wpajać im pewne zasady i wartości. Przykład zawsze płynie z góry. Jeśli będziemy trzymali się naszego radykalizmu, jeśli małolaty zobaczą, że żyjemy według zasad, które głosimy, albo że np. odpalamy race w przemyślany sposób, pozwalający uniknąć konsekwencji w postaci zakazu, jeśli nauczymy ich, że zakaz stadionowy to nie koniec świata, że nawet z zakazem można robić poza stadionem masę pożytecznych rzeczy, że kwestie istnienia polonistek mają rozwiązywać zaczynając już od swojego bloku i swojej szkoły, że kiedy przydarzy się jakiś przypał to nie zostaną sami, bo mogą liczyć na kolegów z trybun – to będzie dobrze i o przyszłość jestem spokojny. Najważniejsze to nie zostawiać ich samych, muszą czuć, że możemy im dać instrumenty do kibicowskiego rozwoju – organizować im treningi sportowe rozwijające ducha rywalizacji :-) na dzielnicach, przekazywać wartości na meczach i „treningach wokalnych”, ułatwiać udział w wyjazdach, angażować w obchody patriotycznych rocznic, w których kibice zawsze stanowią pokaźną część frekwencji. Na paru dzielnicach, wielu osiedlach ten model się sprawdza i przynosi bardzo wymierne efekty. Podstawą wszystkiego jest dobra organizacja, do której zawsze bardzo zachęcam. Możliwe, że niedługo uda się to wszystko ubrać w jakąś bardziej oficjalną formę. 

Ł: Nowy stadion Legii. Miałeś okazję, zdążyłeś (przed przypałami) bywać tu na meczach. Wiadomo, czasu się nie cofnie. Kamery, nowe zwyczaje… czy w takich warunkach jest szansa na wychowanie prawdziwych ultras, z całym systemem wartości i radykalności w tym zawartych? Jest to również pytanie o tzw. pazi na Żylecie, których nie brakuje… czy jest na nich jakiś sposób?

S: Od otwarcia stadionu byłem na 4 czy 5 meczach, tyle udało mi się wytrzymać bez przypału :-). Ja osobiście tęsknie za starym stadionem. Ten nowy jest totalnie antykibicowski, nawet jako samo założenie architektoniczne. Dwa poziomy trybun, na których ciężej zgrać doping, brak płotów, wszystko zaprojektowane tak, żeby być stale „na widoku”, krzesełka jak w kinie i wszechobecny „Big Brother”. Czy w takich warunkach można wychować pokolenie prawdziwych fanatyków? Oczywiście, że tak :-). Trzeba tylko włożyć w to więcej wysiłku niż do tej pory, zresztą w jednym z poprzednich pytań mówiłem Ci, jak to widzę.

Co do pazi – nikt się kotem nie urodził :-). Te trybuny naprawdę mogą ludzi kształtować, wszystko jest kwestią naszego podejścia do nich, tego czy postawimy na edukacje, czy będziemy ich z miejsca gonić. Ja jestem za tym pierwszym, oczywiście wyłączając jakieś ekstremalne przypadki, dla których na naszych trybunach nie może być miejsca.  Andrzejek, który dziś przychodzi pierwszy raz na mecz z fryzurą na ukraińskiego chłopa pańszczyźnianego i w modnych trampeczkach, za rok może – umiejętnie prowadzony – być fanatykiem pełną gębą, kierującym małolatów na właściwą drogę.

Ł: Obserwujemy ostatnio pewnego rodzaju ugrzecznianie się wśród niektórych ekip. Unikanie bluzgów, umowy z klubem o braku pirotechniki… Lech Poznań nie jedzie do Chorzowa, bo nie podobało mu się zachowanie ochrony. W jaką stronę idzie polski ruch kibicowski? Jak uważasz – w jaką powinien iść na Legii?

S: Nie mi oceniać to, co dzieje się u innych. Prawda jest taka, że wiele ekip nie radzi sobie najlepiej w starciu z niespotykaną do tej pory psiarską inwigilacją, szykanami i represjami. Jednak moim zdaniem bierne czekanie na to, jak rozwinie się sytuacja po EURO nie jest dobrym pomysłem. Trzeba robić swoje zawsze na miarę aktualnych możliwości i okoliczności, bo tylko działanie pozwoli przetrwać duchowi fanatycznych trybun.

Co do Legii: najważniejsze, żeby szedł w prawą stronę :-). A tak ogólnie, mamy olbrzymi potencjał, który – mam wrażenie – jest stosunkowo słabo wykorzystany w stosunku do możliwości. Kwestia jego zagospodarowania powinna być teraz dla nas sprawą priorytetową, należy więcej uwagi poświęcić organizacji na osiedlach, dzielnicach i w FC. Trzeba wychowywać i edukować nowe pokolenia fanatyków. I pod żadnym pozorem nie wolno nam zrezygnować choćby z części naszej tożsamości, naszych zasad, bo tego nie można tłumaczyć ciężkimi czasami.

Ł: To teraz może trochę sportu :-). Wiem, że rzygasz już sprawą z „liściem dla Rzeźniczaka”, ale wróćmy do niej, bo ja tego typu reakcji nie neguję lecz popieram. Co się stało, że po ledwie kilkunastu latach od lat 90tych brakuje w Legii polskich piłkarzy z charakterem? Takim jak chociażby miał Kowalczyk czy nawet Szamotulski, którego fuck off pokazane Widzewiakom było dla mnie za dzieciaka kultowe… Kto ma być dzisiaj kultowy… Rybus, Rzeźniczak? 

S: Chinyama!:-). Nie ma piłkarzy „z jajami”, bo kluby stały się dla nich wyłącznie miejscem pracy, fabryką, w której podbija się kartę, odwala pańszczyznę, pobiera hajs i idzie do domu. Nie utożsamiają się z klubem, z miastem, z kibicami, a ubierają to w płaszczyk rzekomego profesjonalizmu. Uważam, że gdyby kluby miały status reprezentacji miast, byłoby z tym dużo lepiej. Jak z Legią ma się identyfikować zawodnik, który nie jest w stanie wskazać Warszawy na mapie świata? :-). Kowalczyk czy Szamotulski to piłkarze wychowani jako ludzie w innych czasach, większość dzisiejszych piłkarzy w okolicach 20 roku życia to nieodrodni przedstawiciele ich pokolenia, nastawionego na konsumpcję, żądni pieniądza i blichtru rodem z okładek kolorowych czasopism dla gospodyń domowych. Na szczęście jest w klubie paru normalnych chłopaków, dla których ten klub jest istotny. Jednak na miano kultowego, trzeba sobie zapracować i to nie tylko zajebistą grą.

Co do sprawy „liścia” – nie ma tematu, bo wszystko już dawno wyjaśnione. Piłkarze muszą po prostu mieć świadomość, że są pewne słowa, których nie wolno używać w stosunku do tych, którzy poświęcają swój czas, pieniądze, życie i zdrowie po to, żeby wspierać ich w poczynaniach na murawie. Bo my ze swoich zadań wywiązujemy się zawsze na 100%.

Ł: Już niedługo Euro 2012, m.in. w Warszawie. Dlaczego jako kibole powinniśmy olać tą imprezę?  

S: Dobrze sformułowane pytanie, bo chyba nikt nie ma wątpliwości „czy”, ale „dlaczego” :-). Jeśli ktoś chce uczestniczyć w szopce dla wąsatych, podpitych Andrzejów z pomalowanymi mordami, wyposażonych w rozmaite instrumenty dęte – niech się w to bawi. Ja tam na czas całego tego cyrku wyjeżdżam na zasłużony odpoczynek, nie mam ochoty oglądać smutnych jegomości pod domem od rana, tłumaczyć się gdzie chodzę, co robię, być pod byle pretekstem zatrzymywanym i spisywanym.  Dla mnie taka impreza nie ma nic wspólnego z prawdziwym kibicowaniem, z emocjami towarzyszącymi rywalizacji również na trybunach. EURO to po prostu komercyjny teatrzyk. Na kadrze już od dawna nic się nie dzieje, mecze kadry narodowej (chociaż coraz mniej narodowej…) zostały opanowane przez fanów Małysza i Kubicy, nie ma dopingu, opraw, atmosfery, nic nie ma. To pokazuje, jak wyglądają trybuny pozbawione fanatyków. Swoją drogą ironia losu sprawia, że na brak klimatu na kadrze narzekają nawet media i to te same, które nas, zaangażowanych kibiców najchętniej widziałyby w kamieniołomach.

Kolejnym powodem, dla którego tą imprezę powinniśmy olać jest psiarska inwigilacja, nasilająca się z każdym tygodniem przybliżającym nas do EURO. Przetrwajmy ten turniej bez „strat w ludziach”, to po nim wszystko powoli zacznie wracać do normy… Kiedyś przecież skończą się pieniążki na darmowe wyjazdy po Polsce i Europie dla szukających chuja do dupy spottersów, kiedy ktoś na górze zorientuje się, że ich „praca” nie przynosi żadnych wyników i efektów.

Ł: „Droga Legionisty” zine łączy sprawy kibicowskie z polskim nacjonalizmem. Czy jako kibicowi Legii przeszkadza Ci to? Ja uważam, że kibicowanie to coś więcej i światopogląd każdego z nas jest równie ważną kwestią.

S: I może dlatego „Droga Legionisty” jest moją ulubioną stroną w necie. Nigdy mi nie przeszkadzało łączenie tych dwóch kwestii. Nasze środowisko ma się dobrze między innymi dlatego, że jest dość jednolite światopoglądowo i tak powinno zostać. Tak rzadko w dzisiejszych czasach mówi się o patriotyzmie, o ojczyźnie jako pewnej wartości, o narodzie jako dobru nadrzędnym, o polskiej racji stanu. Trybuny są tym miejscem, gdzie wychowane w konsumpcyjnym środowisku dzieciaki można uczyć normalności i wskazywać, że zaangażowane kibicowanie to nie tylko te 90 minut kopaniny na murawie, ale i pewien styl życia oparty na tradycyjnych wartościach i zasadach, w których nacjonalizm pełni bardzo istotną rolę. Musimy pozostać społecznością promującą patriotyzm w wydaniu klubowym, lokalnym i ogólnym, przeciwstawiać młodzież wszechobecnej dyktaturze tolerancji, kosmopolityzmowi, lewactwu, pedalstwu, konfidenctwu i całej szeroko pojętej wizji tzw. „nowoczesnego społeczeństwa”, a ponadto uczyć samodzielnego myślenia i nazywania rzeczy po imieniu, a naszym radykalnym podejściem do pewnych kwestii wskazywać młodym kibicom dobrą drogę ;-). 

Ł: Ominęło Cię bardzo ciekawe wydarzenie jakim był Marsz Niepodległości 11 listopada 2011. Spod Źródełka razem z ekipą Lecha, a nawet z Sharksami ruszyliśmy szukać kurew, które plują na polską flagę. Przyznam, że był to najlepszy dzień w moim życiu jeśli chodzi o tego typu działalność, myślałem dotąd, że takie rzeczy tylko w Serbii (tam Partizan ze Zvezdą walczyli ramie w ramie z pedałami itd.). Byłeś zaskoczony tym, że nawet z Wisłą się dogadano przeciwko lewakom? Co sądzisz o tzw. antifie?

S: Ja akurat nigdy nie byłem zbyt ekumeniczny :-), ale uważam, że sytuacja, w której trzeba stanąć w obronie wartości istotnych dla przytłaczającej, normalnej części społeczeństwa (choć spychanej przez media na margines) wymaga poświęcenia i stanięcia ramie w ramie z wrogimi kibicami. No, może oprócz kurew z Konwiktorskiej :-). Nie byłem tym tak do końca zaskoczony, bo wszyscy jako kibice mamy podobne poglądy i trybuny wychowały nas w poszanowaniu dla podobnych wartości.

Antifa – wiadomo – roznosi HIV-a :-). Dla mnie jest to rak na zdrowej społecznej tkance, który należy wyciąć. Banda marzących o buncie gówniarzy z bananowych domów, synowie i córki partyjnych aparatczyków, garstka oszołomów, która nie istniałaby, gdyby nie wsparcie mainstreamowych mediów i pejsiastych redaktorzyn, tropiciele „faszyzmu” stosujący faszystowskie metody w odniesieniu do wszystkich myślących inaczej niż oni. Ogólnie są śmieszni i żenujący. Natomiast nie oznacza to, że można pozostać biernym, gdy promują lewactwo, nienormalność, dewiacje seksualne, negują tradycyjne, chrześcijańskie wartości, używają marksistowsko-leninowskiej retoryki. Wręcz przeciwnie, trzeba to z całą stanowczością i radykalizmem zwalczać.

Ł: Na koniec z innej beczki. Wiem, że robisz tatuaże. Od kiedy zaczęła się ta pasja z malowaniem… na płótnach, na ścianach, na ciele? Czy z robieniem dziar wiążesz, że tak powiem – plany zawodowe?

S: Jakoś tak wyszło, że od małolata coś tam sobie bazgrałem gdzie się dało ;-). Potem moja edukacja poszła w kierunku artystycznym, jednocześnie Legia dawała i daje do dziś duże pole do „wyżycia się”  w tym temacie. A co do dziar – kto wie… Póki ludzie chcą się dziabać, to pewnie będę to robił :-), a że klientela Patotattoo w ogromnej części jest dość specyficzna i monotematyczna, to może się okazać, że nie mam wyjścia i przyrosnę do maszynek z igłami na zawsze…:-).

Ł: To by było na tyle. Dzięki za rozmowę. Ostatnie słowo należy do Ciebie.

S: Bóg z nami – chuj z nimi :-)! Legia albo śmierć.