WYWIAD: Adam Gmurczyk – Narodowe Odrodzenie Polski!

Adam Gmurczyk (rocznik 1964) – jeden z twórców Narodowego Odrodzenia Polski, pierwszej formacji nacjonalistycznej w powojennej Polsce, redaktor podziemnego pisma „Jestem Polakiem”. Historyk, publicysta. Redaktor naczelny pisma „Szczerbiec. Na szlaku idei”, prezes NOP. O Adamie Gmurczyku można mieć różne zdanie, ale prawda jest jedna i niepodważalna – jest to nacjonalista od wielu, wielu lat wierny idei NR. Za wierność w naszych klimatach powinien być oddawany szacunek, bo droga narodowa nie jest drogą z górki… M.in. z tego powodu stwierdziłem, że warto porozmawiać na łamach „Drogi Legionisty”. NOP zawsze mógłby działać prężniej, ale jako, że mam kilka pytań na temat tej partii – wolę je zadać u źródła… Zapraszam na wywiad. Ukazał się on w 4 numerze zina papierowego (drugiego wywiadu z numeru nie wrzucam).

Ł: Działasz w ruchu nacjonalistycznym już bardzo długo. Co wg Ciebie udało się przez ten czas osiągnąć Narodowemu Odrodzeniu Polski?

ADAM GMURCZYK: Istotnie, w ubiegłym roku minęło 30 lat od rozpoczęcia mojej działalności w NOP. A biorąc pod uwagę, że Narodowe Odrodzenie Polski nie tylko odtworzyło, ale wręcz sformułowało na nowo polski nacjonalizm, to chyba można mnie zaliczyć do dinozaurów. Ale dzięki temu pytanie jest dla mnie wręcz komfortowe.

Jako, że pod okupacją komunistyczną lat 80tych tylko podziemne NOP tworzyło obóz narodowy w Polsce, to wszystko, co w latach 90tych i obecnie funkcjonuje jest zasługą naszych środowisk, które dały następnym młodym pokoleniom nie tylko etos walki z czerwonymi w czasach niebędących prehistorią, ale nade wszystko wypracowało nowoczesną formułę nacjonalizmu. Gdyby nie NOP, dzisiaj nacjonalizm byłby kojarzony wyłącznie z moskiewskimi pachołkami. Przypominam, że kiedy w podziemiu działało NOP, kiedy nacjonaliści byli zatrzymywani przez SB, walczyli z milicją na ulicach, tworzyli pierwszą narodową prasę i wydawnictwo, organizowali strajki i przemarsze – to komuniści tworzyli quasi ruch narodowy z ojcem niesławnego Romana Giertycha, Maciejem, na czele. Był to oczywiście „obóz” sankcjonowany przez czerwonych, przez nich wspierany, a sam „wódz” Giertych zasiadał w Radzie Konsultacyjnej przy generale Jaruzelskim i był mu wierny do samego końca.

Podsumowując to wszystko zdecydowanie mam powody do zadowolenia, a nawet dumy, że danym mi było NOP współtworzyć.

Ł: Czy były jakieś ruchy, które dzisiaj wykonałbyś inaczej?

AG: Każda decyzja, jaką podejmujemy w życiu publicznym niesie ze sobą konsekwencje, których nie da się przewidzieć. Dobra decyzja może ostatecznie być w dłuższej perspektywie złą – i na odwrót. Dlatego nigdy nie patrzę na przeszłość zastanawiając się, co bym zrobił inaczej. Ważniejsze jest coś innego: jasno wytyczony szlak, którym się podąża. Można na nim na chwilę stanąć, można się potknąć czy przewrócić –  ale jeżeli nie schodzimy z obranej drogi, jeśli nie dokonujemy koniunkturalnych i „realistycznych” zwrotów, to każda decyzja jest dobra. Narodowe Odrodzenie Polski miało swoje zwolnienia i przyspieszenia jednakże naszym największym atutem jest właśnie zdecydowanie wytyczony kierunek. NOP jest ostoją, co dostrzegają nawet nasi przeciwnicy, konsekwencji ideowej i politycznej. Nie działamy dla poklasku czy chwilowego zysku. Mamy idee, cele, zadania. A jeżeli komuś się spieszy tak bardzo, że gotów jest wyprzedawać tę podstawową uczciwość dla jakiś korzyści, to lepiej niech nam nie wychodzi na strzał.

GP: Jakiś czas temu na pewnym lewackim portalu pojawił się film z marszu antyrządowego – „Wolne szkoły – wolne uczelnie” z 20 kwietnia 1989 w Warszawie. Min. na podstawie tego archiwalnego dokumentu autor felietonu (?) zadaje pytanie gdzie wówczas byli „narodowi radykałowie” i choć to określenie w tym wypadku dotyczy ONR-u i MW to chciałbym wiedzieć, co Ty wówczas robiłeś?

AG: Ani współczesnego stowarzyszenia ONR, którego założyciele chyba się jeszcze wówczas nawet nie urodzili, ani MW jeszcze nie było, tak więc lewacki „zarzut” pod ich adresem, to zwykłe dyrdymały. Ten okres, który wspominasz, to był przede wszystkim „czas studencki”.

Sąd odmówił ponownej rejestracji Niezależnego Zrzeszenia Studentów i pod jego gmachem doszło do zamieszek, które szybko przekształciły się w strajki uczelniane. W stolicy centralą strajkową został Uniwersytet Warszawski i tam też i NOP, w którym dominowali studenci i absolwenci, założył swoją bazę.

Zajęliśmy, jak pamiętam, pierwsze albo drugie piętro Wydziału Prawa, nad wejściem rozwiesiliśmy transparent NOP. Inny zawisł oczywiście na bramie głównej UW. Bodaj po dwóch dniach zdecydowaliśmy, że studenci spoza uniwerku przenoszą się na własne uczelnie. Pojechałem zatem z solidną ekipą NOP z ATK – obecnie Uniwersytet kardynała Stefana Wyszyńskiego – w sile kilkudziesięciu osób „do siebie”. Byłem wówczas przewodniczącym samorządu studenckiego uczelni, powołanego zresztą wbrew woli władz akademickich. Przed wejściem zorganizowaliśmy ad hoc wiec, na którym ogłosiłem rozpoczęcie strajku okupacyjnego. Szybko utworzyliśmy komitet strajkowy, w którego skład oczywiście wszedłem; na zbitą twarz wyrzuciliśmy opornych przeciwników i zajęliśmy zabudowania. Strajk na ATK trwał chyba w Warszawie najdłużej. Taka ciekawostka: w zorganizowanym na czas strajku radiowęźle, niezwykle nowoczesnym, to jest składającym się z kilku głośników i magnetofonu kasetowego, „katowaliśmy” wszystkich, na okrągło, demówką BTM-u, pierwszej solidnej kapeli nacjonalistycznej w Polsce.

Ł: Jakie są główne różnice w działaniu, powiedzmy w połowie lat 90tych i dzisiaj – w roku 2012? Nacjonaliści mają łatwiej, czy może trudniej w przebiciu się do świadomości społecznej?

AG: W pytaniu tym brakuje mi jeszcze jednego okresu – lat 80tych. Bez lat 80tych nie byłoby w polskim nacjonalizmie dzisiaj nic. Może same beretki i koalicyjki.

Nie, nie jest trudniej – ani też łatwiej. Zmieniły się warunki, ale zasady pracy pozostają te same. Inne narzędzia, inne sposoby represji, stosowane przez przeciwników, jednakże wysiłek, praca jaką trzeba włożyć w promocję nacjonalizmu wciąż są takie same. Na przykład internet – umożliwia dotarcie do nieograniczonej liczby ludzi, czego nie mieliśmy w latach 80 czy 90 z wydawnictwami papierowymi. Jednakże na tej dawnej trudności budowaliśmy zaplecze społeczne i organizacyjne, dodatkowo słowo drukowane było doceniane przez wszystkich. Czyli  – mniejszy zasięg, ale większa siła rażenia. Dzisiaj jest na odwrót – ogromny zasięg sieci, natłok informacji, to wszystko zubożyło wartość  wszystkich idei, które stały się w najlepszym razie dodatkiem do śniadania, pochłanianego przed monitorem w godzinach pracy.

Ryzyko działalności akcyjnej podobne: było SB i ZOMO, teraz jest ABW i prewencja; rewizje, fingowane procesy prowadzone są w podobny sposób. Powiem tak: nie ma co sobie tym zawracać głowy. Problemy są po to, by je pokonywać, a chyba nikt normalny nie oczekuje, że System, na który ostrzymy nóż, będzie czekał leniwie, aż mu poderżniemy gardło. To jest wojna, nawet jeżeli czasami przypomina partię szachów.

Ł: Proponujecie korporacjonizm jako rozwiązanie gospodarcze. Ludzie jednak żalą się, nawet na maila „DL”, że nie wychodzą broszury, może nawet filmiki na YouTube (zobaczcie Korwina!), które tłumaczyłyby w przystępny sposób na czym to polega. Nie warto poświecić temu większego zapału, podobnie jak innym kwestiom gospodarczym zamiast ciągłej „polityki historycznej”?

AG: Materiały dotyczące założeń korporacjonizmu i dystrybucjonizmu są dostępne – publikowane były/ są na łamach chociażby „Szczerbca”. Fakt, nie robimy materiałów w wersji obrazkowej, ale nie wszystko da się tak zrobić. Co do zarzutu – bo tak to rozumiem – „polityki historycznej” to jest on skierowany pod niewłaściwym adresem. Nie przypominam sobie zbyt wielu akcji NOP, w których historia nie byłaby punktem wyjścia do oceny współczesności. Weźmy chociażby Marsze Niepodległości z okazji 11 Listopada.

NOP organizowało je od początków lat 90tych i już wtedy – na 10 lat przed „Unią Europejską” – były one poświęcone zagrożeniu ze strony Zjednoczonej Europy – jak to się wtedy nazywało. Dla nas „testament historyczny” oznacza dosłownie „testament” – czyli zalecenie pokoleń przeszłych, do realizowania idei we współczesności. Nie interesuje nas „historyczna rekonstrukcja”, która polega na tym, że np. są ludzie, którzy oddają hołd żołnierzom NSZ, „wielkim bojownikom o Wolną Polskę”, a pięć minut później idą głosować na PiS czy inną poronioną formację prawicową, które tę wolność, dzisiaj, sprzedały Brukseli. Testament – to kontynuacja przesłania, a nie wyłącznie kwiatki.

Ł: Może zabrzmi to trochę cukierkowo, ale mimo iż nigdy nie należałem do NOPu to zawsze ceniłem Was za bezkompromisową postawę i wierność idei. Mimo, że pewnie byście trochę zyskali odrzucając część radykalizmu, stać Was było ostatnio na takie ruchy jak legalizacja krzyża celtyckiego itp. I tu rodzi się pytanie. Jakie są obecnie cele Narodowego Odrodzenia Polski? Czy macie jakiś plan, pomysł na swoją partię?

AG: Oczywiście miło mi – i tak dalej, jednakże wierność idei i zasadom to właśnie radykalizm, pojęcie pochodzące od łacińskiego słowa radix, korzeń. Wierność, a nie jakieś przeszczepy czy przerzuty na ciałach obcych. To jest radykalizm idei. Radykalizm czynu zaś, to bezkompromisowość w działaniu. Przepisy obowiązującego demoliberalnego prawa, pięść czy spadochron – każda broń w prowadzonej z otwartą przyłbicą walce z Systemem jest dobra – pod warunkiem, że jest skuteczna. Pewnie, moglibyśmy zrezygnować z części naszego radykalizmu i walczyć dalej, tyle że byłoby to tak samo rozsądne, jak amputacja nogi mistrzowi maratonu. Kuśtykać można, tylko po co, skoro można maszerować, a czasami nawet pobiec?

I to jest w jakimś sensie odpowiedź na Twoje pytanie. Gramy o wszystko, o całą pulę, a nie o jakieś drobne. Nasz plan to zwycięstwo, więc nie można nas kupić rzucając ochłapy czy mamiąc możliwościami, jakie daje podobno „wejście w System, by rozwalić go od środka”. Od środka można obejrzeć Zamek Królewski w Warszawie, a nie realizować idee, które polityczną prostytucję stawiają w tym samym rzędzie, co każdy zamtuz w najodleglejszym nawet zakątku świata. My robimy co do nas należy, staramy się robić to najlepiej, jak można, a plan minimum, to działać jak dotychczas, tylko jeszcze lepiej. Jedno wymaga małego sprostowania. Narodowe Odrodzenie Polski to ruch ideowo-polityczny, w którego skład, obok szeregu stowarzyszeń i przeróżnych inicjatyw społecznych, wchodzi też partia polityczna o takiej samej nazwie.

GP: Redakcja „DL” interesuje się zjawiskiem wydawnictw podziemnych sprzed 1989 roku. Czy mógłbyś powiedzieć coś odnośnie pisma „Jestem Polakiem”?

AG: Bodaj w październiku 1983 r. we dwóch, z Bogdanem Byrzykowskim – inicjatorem powstania NOP –  usiedliśmy sobie któregoś wieczoru przy butelce francuskiego koniaku – prezencie od śp Napoleona Siemaszki, przedwojennego członka Zarządu Głównego SN, który po wojnie odsiedział 5 lat za wypicie piwa z Adamem Doboszyńskim – i odbyliśmy tzw. męską rozmowę pod tytułem „co dalej”. Ograniczenie działalności wyłączne do biegania po ulicach i trzaskania się z zomowcami nie satysfakcjonowało nas, chcieliśmy stworzyć coś trwalszego. I dokonaliśmy przemeblowania w dotychczasowej pracy. Po pierwsze ujednoliciliśmy nazwę, zostawiając wyłącznie pierwotną tj Narodowe Odrodzenie Polski i zamykając krótki żywot Ruchu Narodowo-Niepodległościowego, w którym zbieraliśmy młodzież licealną. Po drugie postanowiliśmy uruchomić pismo ideowe, niezajmujące się sprawami bieżącymi, ale budujące świadomość, pisma, które będzie formować zasady ideologiczne nowego nacjonalizmu. Zaproponowałem tytuł „Jestem Polakiem”. Oczywiście, łatwo powiedzieć – trudniej zrobić. To nie były czasy, w których można było skoczyć do punktu poligraficznego i zamówić druk. Po pierwsze: stan wojenny, po drugie – technika odbiegała od dzisiaj stosowanej. Kserografy to była rzadkość, o PC-tach to dopiero śnili ich przyszli twórcy. Wysoka technologia to były offsety, niższa – powielacze białkowe. Podstawowym narzędziem pracy była ręczna maszyna do pisania, a szczytem rozpusty – elektryczna. Na nasz „park maszynowy” składały się wówczas dwa urządzenia: jedna nowa mała maszyna do pisania i jedna baaardzo stara – przedwojenny „Mercedes”, jak dobrze pamiętam. No i nie mieliśmy kompletnie pieniędzy. Ale problemy są po to, żeby je przezwyciężać. W ciągu dwóch tygodni, korzystając z kontaktów jeszcze z mojej pracy w Komitecie Obrony Więzionych za Przekonania, zorganizowałem dostęp do niezależnego offsetu, a pieniądze na papier, farby itd. pożyczyłem od znanych mi przedwojennych działaczy narodowych, w tym wspomnianego śp. mecenasa Siemaszki. I już w listopadzie 1993 r. ukazał się pierwszy numer „Jestem Polakiem”, liczący 24 strony, w nakładzie 2 tysięcy egzemplarzy. I potem już poszło –  wydajemy kolejne numery, tworzymy ogólnopolską sieć kolportażu i na tej bazie budujemy struktury NOP. Po roku uruchomiliśmy już własne wydawnictwo – „Wydawnictwo Jestem Polakiem”, które do rozpadu PRL opublikowało ponad setkę książek i broszur oraz kolejne tytuły prasowe: centralny „Biuletyn Informacyjny NOP”, warszawską „Młodzież Narodową”, łódzką „Myśl” i „Biuletyn Myśl”, śląski „Szczerbiec” i „Zryw”. Jako pierwsi publikowaliśmy materiały dotyczące ONR-ZJ-NSZ, Brygady Świętokrzyskiej: trzy tomy  „Zeszytów do historii NSZ” , o łącznym nakładzie 10 tysięcy egzemplarzy, dwa wydania „Byłem dowódcą Brygady Świętokrzyskiej” Bohuna -Dąbrowskiego w nakładzie ponad 5 tysięcy itp. itd. To w „Wydawnictwie Jestem Polakiem” krajowe, podziemne edycje swoich antykomunistycznych prac publikował śp. ks. prof. Michał Poradowski, z którym współpraca zresztą rozciągnęła się później i na pismo „Szczerbiec”. Muszę dodać, że w tym czasie wspieraliśmy, udostępniając nasze spore już możliwości techniczne i kolportażowe, raczkującym innym inicjatywom patriotycznym. Zdarzyło się, że drukowaliśmy nawet dla instytucji kościelnych – np. pismo „Młodzież Katolicka”, wydawane przez oficjalne duszpasterstwo studentów warszawskich. Na prośbę działaczy emigracyjnego Stronnictwa Narodowego wydaliśmy dwa roczniki londyńskiej „Myśli Polskiej”. Itd., itp.

Ł: Dlaczego „Szczerbiec” wychodzi tak rzadko? Nie starczyło zapału? Pamiętam jak pod koniec lat 90tych gazetę wydawaną przez NOP można było spotkać w każdym pokoju znanego mi akademiku… Dzisiaj zdaje się to być pismo dla grupy Narodowo- Radykalnych pasjonatów…

AG: Zmiana częstotliwości „Szczerbca”, jak zresztą wielu wydawnictw tradycyjnych, papierowych, nastąpiła w sposób naturalny po upowszechnieniu internetu. Materiały odnoszące się do wydarzeń i spraw współczesnych, również krótsze formy, przeskoczyły do sieci. To było nieuniknione – w internecie możliwa jest reakcja natychmiastowa. Tę część zadania po „Szczerbcu” czy „Nowej Sztafecie” przejął dziennik internetowy nacjonalista.pl, bez wątpienia najlepszy w Polsce, a może i w Europie serwis narodowy. A „Szczerbiec” z miesięcznika stał się nieregularnikiem. Karabin maszynowy przekształciliśmy w rakiety dalekiego zasięgu. Pismo wychodzi co prawda rzadziej, ale jakość publikowanych materiałów należy do wyższej półki i jest ukierunkowana na proces formacji ideowo-politycznej. Trzeba też podkreślić, że nawet z czysto matematycznego wyliczenia nowa odsłona „Szczerbca” jest znacząca: w każdym numerze publikujemy ilość materiałów odpowiadającą zawartości 10 numerów „Szczerbca” – miesięcznika. A nakład i przede wszystkim sprzedawalność „Szczerbca” nadal utrzymują się na wysokim poziomie, dla innych periodyków narodowych, liczonych nawet razem, nieosiągalnym.

I zgodzę się, że „Szczerbiec” jest wydawnictwem dla pasjonatów, albo nawet i dla furiatów – oczywiście jeżeli tak nazwiemy ludzi, którzy są nacjonalistami świadomymi, którzy wierzą, że narodowa działalność polityczna jest konsekwencją przekonań, a nie brakiem zupy na stole czy obiciem twarzy przez bandę małolatów w podartych koszulkach z Che Guevarą.

Nie, do wydawania „Szczerbca” nie brak nam zapału, przez najbliższy rok moglibyśmy publikować go i co miesiąc, nie zubożając nowego charakteru, materiałów mamy moc, jednakże tutaj kierujemy się po prostu kalkulacjami finansowymi – czytelnictwo generalnie w Polsce siadło. Nie sztuką jest wydawać pieniądze, sztuką jest robić to mądrze. My nie kończymy działalności, my ją prowadzimy non stop, na wielu polach i także w sprawach wydawniczych musimy myśleć po prostu rozsądnie.

Ł: A więc kiedy możemy spodziewać się nowego numeru „Szczerbca”?

AG: Niebawem.

Ł: A teraz inne pismo wydawane przez NOP, mianowicie „17”, które tłumaczycie półżartem (?) jako skrót (pierwsza i siódma litera alfabetu) od „Adam Gmurczyk”. Czy nie uważacie, że tego typu jaja można sobie robić w jakiejś publicystyce, a nie w nazwie naprawdę dobrego pisma? Dlaczego „17” już nie wychodzi?

AG: Humoru nigdy za wiele, a od nacjonalisty bez poczucia humoru gorszy jest chyba tylko milicjant w stringach na głowie. Tytuł „17” jest klasyczną chestertonianą, z niezliczoną ilością wieloznaczności dowcipu, kpiny i przerysowań. Prosta „17” – a jakbym czytał „Człowieka który był Czwartkiem”.

Oczywiście jest to humor ukierunkowany na tzw. „środowiska”; dla przeciętnego czytelnika, który szuka treści, a nie guseł, tytuł to tytuł. Osobiście podobałoby mi się, gdyby redakcja nazwała pismo „Z brzytwą na poziomki”, jednakże koledzy z „17”tki są samodzielni w swych działaniach, nawet na tym polu.

Jeśli zaś chodzi o dalsze ukazywanie się pisma to nic mi nie wiadomo o jego zawieszeniu – to jest jak „Szczerbiec” nieregularnik i częstotliwość zależy od potrzeb. Myślę, że niedługo ukażą się następne numery.

Ł: Ale czasami „okładka zachęca”… bądź nie. Czy doczekamy się kiedyś gazety typu „Uważam Rze”, w której porusza się polityczne sprawy bieżące, tyle że nacjonalistycznym okiem? Myślę, że bez swoich mediów zawsze pozostaniemy dla szarych ludzi kimś na zasadzie ciekawostki. Kto nie jak NOP, MW, ONR itd. powinien się tym zająć…

AG: Takiej gazety, w formie papierowej, nie będzie na pewno. A jeżeli będzie – to na pewno nie nacjonalistyczna. W erze „przed-sieciowej” przez kilka lat wydawaliśmy dwutygodnik „Nowa Sztafeta”, skończyło się to w momencie umasowienia internetu. Dzisiaj wydawanie tego typu periodyku, wysokonakładowego, wymaga ogromnych pieniędzy, którymi dysponuje albo obcy albo nomenklaturowy kapitał. Z tymi ludźmi, najoględniej mówiąc, nie idziemy ręka w rękę, trudno więc oczekiwać, by zechcieli wyłożyć pieniądze na taką czy inną  nacjonalistyczną inicjatywę. To znaczy może i by wyłożyli, ale jak długo byłoby to „nasze” pismo – do drugiego numeru?

Nie musimy zresztą mieć swojego „Uważam Rze”. Mamy bowiem coś lepszego – mamy dziennik narodowo- radykalny nacjonalista.pl.

Irytuje mnie, nie ukrywam, kiedy słyszę kwękanie w stylu „a kiedy przyjdzie nowy Dmowski?”, „a kiedy narodowcy będą wydawać narodową Gazetę Wyborczą”, „a kiedy.. a kiedy.. a kiedy…”. Na takie dictum ciśnie się jedna odpowiedź: a nigdy!

To jest jak czekanie na Godota – bez końca i bez sensu. Prawda jest banalna: mamy tyle, ile sami sobie wywalczymy. Docieramy tam, gdzie chcemy. Pod warunkiem, że idziemy, a nie leżymy rozwaleni w fotelach namiętnie „lajkując” na fejsbuku.

Zaangażowanie, poświęcenie, ofiarność. Codzienne, a nie od wielkiego dzwonu na jednej czy dwóch manifestacjach patriotycznych w roku. Reszta jest tylko konsekwencją….

Ł: Wszystko fajnie, tylko jakim sposobem, np. bez własnych mediów gazetowych chcemy stać się jako nacjonaliści ruchem masowym? Oczywiście sama gazeta niczego nie załatwia, ale z pewnością bylibyśmy bardziej widoczni dla Kowalskiego (na półkach) niż ginący w lesie setek tysięcy stron internetowych portal…

AG: Nie chcę się powtarzać, ale chyba muszę: my nie mamy być lepiej widoczni na półkach, tylko w życiu. A to zależy od: chęci, aktywności, kreatywności, ofiarności – także finansowej – i mądrości. Oraz konsekwencji w działaniu. Mówisz: las setek tysięcy stron internetowych. Ale też jest las dziesiątek tysięcy wydawnictw papierowych. To, które drzewo obskakują czytelnicy zależy nie od samej gazety, ale tego, co  – w sensie ideowym i organizacyjnym – reprezentuje oraz jak wiele wysiłku w promocję wkłada środowisko, którego poglądy dane wydawnictwo reprezentuje. W naszym przypadku, ludzi niezwiązanych z bogatymi tego świata, promocja to własne zaangażowanie, poświęcenie, a nie wykupienie czasu reklamowego w telewizji. Zorganizowany, masowy nacjonalizm w Polsce? Co roku powstaje chmara grup i grupek, o żywocie krótszym niż włosy człowieka po chemioterapii. W ten sposób potencjał ludzi ulega zmarnowaniu, i to w najlepszym razie. W najgorszym, i to jest w tych środowiskach nagminne, ludzie kończą w pisach, platformach czy nawet u postkomunistów. To jest problem, a nie brak narodowego „URZ”.

Rozpoznawalność przez Kowalskiego? Kowalski otwiera sobie, załóżmy że przypadkiem, typową stronę „nacjonalistyczną” i widzi zdjęcia z zamazanym twarzami uczestników „rewolucji narodowej”. I co sobie ów Kowalski wówczas myśli?

Ano myśli sobie „dzieci” i wchodzi na eBaya. Jeśli mamy mówić o masowości nacjonalizmu to zacznijmy od pierwszego kroku: odwagi cywilnej przy reprezentowaniu tegoż.

W publikacjach NOP nie znajdziecie anonimowości – jesteśmy dumni z naszych poglądów i naszej formacji. Ta otwartość i jawność to nie oznaka donkiszoterii, tylko zimny pragmatyzm – ostatecznie prowadzimy walkę z wykorzystaniem narzędzi prawnie dostępnych, a służby i tak mają wszystkich w swoich kartotekach. Ukrywając się – ukrywalibyśmy się właśnie przed Kowalskimi. Nacjonalizm to nie ruch anonimowych alkoholików.

Ł: Jak Twoim zdaniem politycy godni Polski powinni reagować na takie wydarzenie jak koncert Madonny w dniu 1wszego sierpnia? A może wcale nie powinni reagować?

AG: W takich sytuacjach przyjęcie z góry określonej strategii „zawsze reagujemy” albo przeciwstawnej, „nigdy nie reagujemy”, byłoby – a w zasadzie jest – kretynizmem.

Wszystko zależy od skali, formy i momentu zdarzenia, a więc zmiennych, których nie da się z góry, na wieki wieków, określić. W tym konkretnym przypadku aferę nakręcili specjaliści od reklamy muzycznej.

Zwróć uwagę: na jednym, dosłownie jednym detalu – dacie – zbudowano propagandowy mit „Madonny”, bez mała apostoła Nowego Porządku Światowego i Pierwszej Damy Frontu Walki z Polską. Faktycznie zaś rzucono w Polskę kulką z papieru, a posypała się lawina głazów. Gdyby nie akcje zacnych ludzi, protestujących przeciwko koncertowi, nawet pies z kulawą nogą nie poświeciłby mu chwili uwagi, ani nie zwrócił uwagi na datę jego zorganizowania.

A tak, pożyteczni idioci przemysłu rozrywkowego zapewnili piosenkarce darmową promocję w mediach nie tylko muzycznych. I, niestety, obawiam się, że łatwość, z jaką specom od pijaru udało się wywołać informacyjny szum spowoduje, że „Madonnę” zobaczymy w Polsce wkrótce, za rok, za dwa. Zagra może w Święto Niepodległości albo 3 Maja i znów znajdą się nawiedzeni, którzy pomogą to rozreklamować.

A prawda jest taka, że „Madonna” to słaba wokalistka, obrzydliwy babol, który na rynku funkcjonuje wyłącznie dzięki opinii skandalistki; opinii, którą pomagają jej budować nie kto inny, jak „ideologiczni” anty-fani.

Czy jej występ w Polsce miał jakieś znaczenie? Żadnego. Przyjechała, pośpiewała i pojechała. Kto chciał jej słuchać, posłuchał i 5 minut po koncercie zajął się swoimi sprawami.

Ł: Dzięki za wywiad. Tradycją tego zina, ostatnie słowo należy do Ciebie…

AG: Dziękuje za rozmowę. Powodzenia w dalszej pracy.

Rozmawiali: Ł. oraz GP (sierpnień 2012)

Wywiad ukazał się w 4 numerze MagaZinu „Droga Legionisty”